O tym, że jestem odludkiem

Obrazek pochodzi z bloga "

Czyli jak przestałam się martwić i pokochałam bombę.

G. twierdzi, iż kiedy ja się źle bawię, inni ludzie to widzą i czują się Urażeni. Całożyciowe doświadczenie podpowiada mi, że człowiek, który bawi się dobrze, ma daleko ciekawsze sprawy na głowie niż zauważanie skitranego gdzieś pod ścianą kartofla (to ja.) Co zresztą uważam za naturalne i zdrowe. Gdyby wszystkie dusze towarzystwa poczęły z nagła zwracać uwagę na nieszczęśników, którym zabawa idzie kiepsko – z imprezy zrobiłby się lazaret.

Continue reading

Nie lubię zimy

szeryf

Nie lubię zimy. A wiecie, czego w niej nie lubię najbardziej? Tego, że ciągle jestem spocona.

Cały kurwa czas. Za wyjątkiem krótkich przejść między domem a sklepem, domem a autobusem. Domem a miejscem udręki publicznej typu poczta. Pani pocztowa lampi się sennie na moją kopertę. Zagłębia w egzystencjonalny stupor. Podczas, gdy mnie struga potu cieknie po nerkach.
Continue reading

O zaletach i wadach niebycia miłym

Witaj w mojej rzeczywistości.

Witaj w mojej rzeczywistości.

Mój dobry przyjaciel K. potrafi być miły dla ludzi. Nie wyuczył się tego na żadnych kursach. Nie wstawał przez lata o świcie, ćwicząc z coraz większymi obciążnikami do wtóru „Eye of the Tiger.” Trudna umiejętność bycia miłym przychodzi mu naturalnie.
K. przyszedł na świat obdarzony ogromną empatią i jeszcze większym altruizmem. Nalegam, by ostro rozgraniczać te dwie sprawy. Empatia to umiejętność doświadczania emocji innych. Altruizm – to taki sposób myślenia, w którym owe emocje uznaje się za interesujące, cenne i godne ochrony.

Continue reading

Śmierć zakupoholiczki

Kto zgadnie, z jakiego to serialu?

Kto zgadnie, z jakiego to serialu?

Przez całe lata odpowiedź na wszystkie moje prośby brzmiała: nie, nie i nie. Bo nie. Dziwnym nie jest, że gdy wreszcie dostałam do rąk pierwszą pensję – odjebało mi na całego. Drogie matki, teraźniejsze i przyszłe. Odmawiając dzieciowi swemu WSZYSTKIEGO hodujecie nie niezłomnego ascetę, a przyszłego zakupoholika. Mówię jak jest. Mariusz Wum Kolonko.

Continue reading

Jestem za stara. I kocham ten stan.

Za stara by wciskać się w buty, w których moje stopy płaczą z bólu. By obnosić fryzurę, która wcale mi się nie podoba, bo misiu zawsze marzył o naturalnej hipisce z konwaliami w niefarbowanych splotach. Za stara, by słuchać opinii odnośnie własnej osoby, o którą nie prosiłam.
Lecz nade wszystko – za stara, by choć na moment pomylić czyjeś roszczenia z własnym obowiązkiem. To wspaniały stan, który zalecam każdemu.

Continue reading

Nie warto być empatycznym

Od kiedy pamiętam, emocje obcych ludzi wchodzą mi na psychę. Niczym oddział specjalny do willi mafijnego bossa. To jest – z przytupem. Włażę ci ja do tramwaju czy innego środka udręki zbiorowej. Patrzę na twarze wokół, zmięte, skrzywione, tak bardzo po nadwiślańsku niechętne bliźnim. I wcale tego nie chcąc, widzę jednostkowe tragedie. Kakafonia z odłamków cudzego życia wdziera mi się pod czachę, powodując szkody. Nie mogę się skupić na własnym.

Continue reading

Seks nie gryzie. Naprawdę.

Czyż Gordon-Levitt nie jest tu absolutnie bezcenny? Blond bogini ciągnie go na wyro, a chłopak ma minę pt.: "No nie wiem, zastanowię się."

Czyż Gordon-Levitt nie jest tu absolutnie bezcenny? Blond bogini ciągnie go na wyro, a chłopak ma minę pt.: „No nie wiem, zastanowię się.”

Dobra, mam dość.

W idealnym świecie każdy żyje jak lubi, nie marnując cennych kalorii na osądzanie żyjących inaczej. W idealnym świecie osobnik obdarzony inteligencją wyższą niźli sąg drzewa zdaje sobie sprawę z własnych potrzeb, preferencji – tudzież z własnych zahamowań. Nie spycha tychże zahamowań w mrok podświadomości – i w związku z tym nie odczuwa kompulsywnej potrzeby rozciągania ich na całość populacji . Nie pichci ziutka wartych tez w rodzaju: „skoro mnie osobiście spożywanie galarety na świńskich nóżkach  nie pociąga – TO ZNACZY, ŻE JEST TO DANIE ODSTRĘCZAJĄCE, W OGÓLE ZŁE I CI, CO JEDZĄ, POWINNI SIĘ WSTYDZIĆ.”

Continue reading

Jak sobie radzić z rozczarowaniem?

Ten duży, tłusty znak zapytania lśni w tytule posta nie bez powodu. Dzień dobry, mam na imię Nina, mam niemalże 30 lat i jak dotąd nie wypracowałam rozwiązania dla tej palącej kwestii. Poniżej dzielić się zamierzam nader subiektywnymi, niedopieczonymi, być może iż błędnymi wnioskami. Za oświecające mnie na tej trudnej drodze komentarze wdzięczna będę.

A zatem – jak sobie radzić z rozczarowaniem?  Zakładając oczywiście, że poradzić sobie z nim można. (Mnie to jakoś nigdy nie wychodziło. W ogóle.)

Ja tę panią czasami aż za dobrze rozumiem.

Ja tę panią czasami aż za dobrze rozumiem.

Wejrzyj w swoją duszę i zapytaj: Skąd się wzięło to przygnębiające poczucie pustki w dołku? Ten żal, cicho filujący gdzieś na dnie żołądka? Ten tępy abszmak w ustach, to obezwładniające niczym zarzucona na głowę ciężka, szara płachta wrażenie, że (po raz kolejny) zostaliśmy wyautowani przez los? Co właściwie sprawia, że jestem tak rozczarowana/y?

Technicznie rzecz biorąc, rozczarowanie następuje wtedy, gdy moje (zapewne ogólnie nasze, ale dla ułatwienia piszę: moje) oczekiwania tyczące przyszłości rozmijają się z faktami. Im drastyczniej, tym siła ciosu większa, zaś obrażenia bardziej rozległe.

Przykład z życia pięcioletniej Rózi: Rózia, wieziona w rodzicielskim samochodzie, przez szybę dostrzegła świeżo rozłożone na murawie wesołe miasteczko, łyskające rozrzutnie barwnymi światełkami. Odtąd jej gorącym marzeniem stało się znalezienie tam, gdzie marzenia się spełniają. Prosiła i prosiła, dni mijały, rodziciele nie mieli czasu/ochoty/było im wybitnie nie po drodze spełniać Rózine zachcianki. W końcu – po dwóch tygodniach! – nadeszła taka niedziela, gdy zabrakło im wymówek. Dziecko, skwierczące od podniecenia na tylnym siedzeniu fiata nie od razu dostrzegło, iż tata w geście protestu przeciw tak idiotycznemu marnowaniu czasu jeszcze przed podróżą solidnie się zaprawił. Na miejscu całkiem zniknął rodzinie swej z pola widzenia, pozostawiając zestresowaną (bo wiedziała, jak to się skończy) matkę Rózi samą z dziecięciem. Dziecko, cokolwiek zdziwione, potem coraz bardziej rozżalone, że macierz taka opryskliwa, spięta, duchem nieobecna, usta ma zaciśnięte w najwęższą z kresek, pogania i w ogóle się nie wczuwa w cud jazdy na karuzeli. Do domu wracają wkrótce. We dwie, autobusem. Matka – wściekła, Rózia – zdezorientowana i zalękniona do szpiku kości, z wielką łzą żalu wiszącą u nosa. Miało być magicznie, a wyszło chujowo.

Przykład z życia szesnastoletniej Różyczki. W szkole organizowana jest potańcówka. Wiecie – sala gimnastyczna, baloniki, pełen obciach. Nasza bohaterka dźwiga podwójny garb. Po pierwsze, ma lekką nadwagę i w związku z tym czuje się najbardziej odrażającym pasztetem, jaki kiedykolwiek miał zaszczyt odbierać edukację w tych szacownych murach. Po drugie – od miesięcy jest dotkliwie zakochana w chłopcu, który ma koszulkę z logo Sepultury i lśniące, kasztanowe loki do samego pasa. Chłopiec co prawda jak dotąd ignorował jej istnienie, no ale to jest SZKOLNA IMPREZA, tak? Noc cudów, kiedy marzenia się spełniają. Różyczka przywdziewa coś, w czym nie czuje się tak całkiem ohydną, paćka twarz nadmiarem makijażu i półprzytomna od gorączkowych nadziei wkracza na salę. Muzyka gra, lecz bujnowłosy amator ciężkich brzmień jakoś nie prosi jej do tańca. W ogóle nikt jej owego wieczoru do tańca nie poprosi.

Różyczka do domu wraca wkrótce, autobusem. Z sercem przeszytym na wylot i łzami rozżalenia, rujnującymi przesadny makijaż. Miało być magicznie, a wyszło chujowo.

Przykład z życia trzydziestoletniej Róży. Do Polski przyjeżdża z zespołem muzyk. Wybitny artysta, którego czciła, proch spod nóg jego by zdmuchiwała. Dostępne na jutubie zapisy koncertów poświadczają – człowiek ów ma moc spełniania marzeń. Śpiewa jak szatan, wygląda jeszcze lepiej. Róża wysupłuje pieniądze, które mogłaby zainwestować rozsądniej. Tłucze się sześć godzin Tanimi Liniami. Wystaje w upale, co by jako jedna z pierwszych dobić do barierki.

Idol Róży wkracza na scenę urżnięty w drebiezgi. Fałszuje, myli teksty piosenek –  i cały wieczór niestrudzenie obraża słuchających go ludzi.

Róża patrzy na to ze skurczem wstrętu i ze ściśniętym sercem, gdyż przypomniał jej się nieświętej pamięci tata. Gdyby nie solidne wsparcie koleżanek fanek, znów poczuła by w ustach smak prochu. Niemniej, miało być magicznie, a wyszło (z grubsza) jak zwykle.

Czy widzimy już powtarzający się wzorzec?

Rozczarowanie następuje wtedy, gdy ponosi mnie wyobraźnia. Gdy oddaję zestrojowi okoliczności, leżącemu poza moją jurysdykcją (jak miejsce akcji, okazja lub osoba, na której określonym zachowaniu szczególnie mi zależy) władzę nad swoim dobrym humorem i ogólnym dobrostanem. Gdy wysuwam sprecyzowanie oczekiwania wobec rzeczywistości, która z natury swej jest wysoce losowa, w związku z tym amorficzna oraz – powiedzmy to sobie raz szczerze – jest dziwką. Osławione prawa Murphy’ego działają całą dobę, w pełnej krasie. Jeżeli istnieje coś, co może się spieprzyć, spieprzy się na pewno.

Przez wiele lat nie zdawałam sobie z tego sprawy, lecz takie sprecyzowane – często aż do bólu, jako, że mam narracyjnie zorientowaną wyobraźnię, która odruchowo płodzi scenariusze – oczekiwania wysuwam wobec niemal wszystkiego i wszystkich. Im goręcej mi na czymś (kimś?) zależy, tym wyżej winduję poprzeczkę. Konkretny, nijak moich knowań (bo skąd?) nieświadomy, nordyckim bóstwom ducha winny człowiek ma zachować się tak i tak, powiedzieć to i to. Opcje ma wąskie. Jeżeli mnie zaskoczy – nie lubię być zaskakiwana, boję się sytuacji, których scenariusza nie przemiędliłam przedtem w głowie fafnaście razy –  lub nie daj buk zawiedzie na całej linii, będę cierpiała. Tygodniami.

Nie magazynuję jadu, płynącego z urazy. Rozrzutnie przebaczam tym, co mnie rozczarowali. W zamian obracam ostrze we własnym sercu. Wiecie, jakie myśli się wtedy budzą? Ta najgorsza: „No jasne, mnie to się NIGDY nic dobrego w życiu nie przydarzy.” Ta tylko nieco mniej zła: „Czego się idiotko spodziewałaś. Czemu niby świat miałby spełniać nadzieje czegoś tak nieudacznego jak ty? Po prostu NIE ZASŁUGUJESZ.”

Inna sprawa, że mam niestety bujnie rozrośniętą wyobraźnię i za Chiny Ludowe nie potrafię przestać marzyć. Wciągam marzenia jak narkoman kompot. Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy w nowe doświadczenia wchodzą niczym w wodę – po prostu pozwalając im się ponieść. Bez oczekiwań. Z oczami i sercem otwartym na to, co dzień przyniesie. Cokolwiek by to nie było.

Dla mnie wybranie się w podróż, poznanie nowej osoby, nawet taki nieszczęsny koncert – to są okazje do tworzenia skomplikowanych scenariuszy Tego, Co Powinno Się Wydarzyć. Nie mam pojęcia, jak z tego zrezygnować. Odruchowo wróżę z fusów, zatruwając umysł miazmatami przebogatej swej fantazji.

Być może przeczytałam w życiu za dużo książek. Być może podświadomie oczekuję od mojego żyćka, które leniwie sobie pełznie od urodzenia aż do grobu (i to jest jedyny pewny kierunek) żeby było Opowieścią. Taką nakreśloną przez rasowego opowiadacza. Dobrego pisarza. Wiecie, Opowieści mają punkty zwrotne. Coś niesamowitego się w nich nagminnie zdarza, po czym bohater już nigdy nie będzie taki, jak przedtem.

Być może podświadomie czuję się Uprawniona do życia pełnego Wydarzeń Cudownych oraz W Pełni Satysfakcjonujących. Uprawniona z racji – bo ja wiem? Cierpień przeszłych? Ależ to śmieszne jest. Mnogość ludzi codziennie doznaje kopniaków w części miękkie, wymierzanych przez los i warunki. I nigdzie, ale to nigdzie nie zapisano, że życie im to w jakikolwiek sposób wynagrodzi.

(Zabawnym znajduję fakt, iż robienie planów – konkretnych planów, takich list do zrobienia, gdzie dla odmiany to moja (nie)skromna osoba znajduje się w centrum dowodzenia i Ma Realny Wpływ – idzie mi niesporo. Bardzo niesporo. Wypisuję szesnaście absolutnie istotnych punktów, po czym udaje mi się odhaczyć całe dwa. Załamuję się i przez długi czas nie wracam już do sprawy.)

A tu rzeczywistość skrzypi jak drzwi od wychodka; wonieje zresztą podobnie.

Oczywistym rozwiązaniem byłoby stoczenie się w cynizm.

Cynizm zrobił szaloną karierę. Od zawsze był postawą uzasadnioną, rozsądną i poręczną. Dzięki holiłódowi i jego grubo szytym snom awansował do rangi zjawiska o uwodzicielskim potencjale. Coś, jak dyskretnie dodająca męskości blizna na nieogolonym policzku filmowego twardziela. No więc kiedy w cynizmie tapla się Sam Spade czy inny detektyw Marlowe, owszem, jest to urzekające:

Ten pan potrafi wątpić we wszystko z zasady i nie traci przy tym sex-appealu.

Ten pan potrafi wątpić we wszystko z zasady i nie traci przy tym sex-appealu.

Natomiast kiedy czynią to żywi ludzie, ja natychmiast zaczynam się zastanawiać, kto daną osobę tak ciężko pokrzywdził, że aż stała się marudnym, wszystkiemu niedowierzającym frustratem. I miast iskry zainteresowania czuję współczucie. Współczucie i iskra zainteresowania tkwią u mnie na przeciwnych krańcach skali.

Współczucie to w ogóle paskudna sprawa. Chyba nie chciałabym, by ktoś patrzył, jak rzygam żółcią i czuł je dla mnie. Inna sprawa, że mimo iż potrafię w warunkach towarzyskich całkiem nieźle pozorować cynizm (zna się te wszystkie cierpkie teksty z filmów) w istocie jest mi on organicznie obcy. Mimo pewnego zmęczenia materiału mam serce z masła. Zachwycić mnie potrafią dość płoche zjawiska: przeszywająco dobra muzyka, barwa letniego nieba o zmierzchu (kiczowe, wiem) czy też niewymuszony wdzięk, z jakim bliżej mi nieznany, diablo pociągający dwumetrowy drągal odpala swoje Marlboro. Zakochuję się dość rzadko, ale jak już, to szaleńczo. I co gorsza, gdzieś w głębi jestem z tej swojej nieszczęsnej frajerowatości dumna.

Komentujcie, proszę. Cudzy punkt widzenia chętnie przyjmę, bo mój raczej nie zda się już na nic.

To, co można z życia mieć

Witam ponownie.

Wpis wczorajszy rozlazł mi się w dwóch kierunkach – taki ni to pies, to wydra. Niniejszym postaram się pozszywać luźno dyndające kawałki i nadać całości akceptowalny kształt.

Najpierw może o tych hubach.

Agnieszka H. zwróciła mi uwagę (tu dyg z mównicy w stronę Agnieszki) iż czym innym jest postawa pasożyta, z premedytacją ciągnącego żywotne soki z rodziciela/sponsora, czym innym zaś – wyuczona bezradność, owocująca skrajną biernością, podpartą absolutną niewiarą we własne siły. Trąciłam tę kwestię nosem, ale za słabo, jak widać.

Otóż  – ja się z tym zasadniczo zgadzam.

Nie mam żadnej wiedzy specjalistycznej (książki, które może przeczytać każdy, oraz Internet raczej się nie liczą.) O osobowości zależnej coś tam słyszałam, ale temat nigdy nie zajął mię przesadnie. Tyle jest w końcu innych, bardziej malowniczych odchyłów od Uświęconej Normy (czymże ta norma?). Niemniej, pamięć wierna przywiodła mi przed oczy przypadek wzięty z życia. Żywcem.

Mam dwanaście lat i tkwię, oblepiona pajęczynami i umorusana po uszy, w środku kniei. Obóz harcerski. Jestem  – jak większość dzieciaków tam – wiecznie niedojedzona (to, co podają w harcerskiej stołówce, złamało by niejednego twardziela.)

W środku turnusu zajeżdża Emilka. Zajeżdża – to jest dobre słowo. Rodziciele Emilki parkują swego lśniącego land rovera tuż za zbitą z sosnowych belek bramą obozu. Emilka ma długie do pasa złociste włosy, starannie poskręcane lokówką i przewiązane wstążeczką. Mundurek harcerski  – wyprasowany i włożony w taki plastikowy pokrowiec, w jakim biznesmeni wożą garniaka na zmianę – niesie za nią mama. Tata dryga z wielkim pudłem pożywienia (jak się później okaże, głównie czekoladek.)

Tak, jak ja wtedy mogły czuć się obdarte dzieci z afrykańskiej wioski, nawiedzone przez uśmiechniętą, spowitą w perkal i błyskotki Nel na słoniu.

Emilka nie umiała pływać ani wspinać się na drzewa. Stresowały ją spadające na plandekę namiotu szyszki i deszcz. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widziała gwoździa. Przetrwała, gdyż chętnie dzieliła się swymi czekoladkami a co bardziej macierzyńsko usposobione zastępowe wieczorami trenowały na niej najdziwniejsze koafiury.

Pytanie brzmi – czy Emilka była ofiarą, czy beneficjentką? Narcyzem, czy osobowością zależną? Była zawsze uśmiechnięta, uprzejma, mówiła cicho i kulturalnie oraz prowokowała większych i silniejszych od siebie do wyręczania niemal we wszystkim. W razie zombie apokalipsy przetrwała by jakiś kwadrans – chyba, że zakochałby się w niej oddział komandosów.

Po tylu latach wciąż nie jestem pewna.

Przyszło mi do głowy, że jakkolwiek postawy Huby Tatusia (skrajna bezradność, odcięcie od prawdziwego życia) i Huby Zalotnej (szlifowanie wizerunku głównym zajęciem w życiu, pasożytnictwo na najbliższych) to dwa skrajne końce skali, istnieje jeszcze cała gama odcieni pośrednich.  Życie jest takie ciekawe, niestety, na szczęście.

"Ale na przykład nigdy nie pada mi na głowę."

„Ale na przykład nigdy nie pada mi na głowę.”

* * *

Bezpieczeństwo vs wolność. Moja najbliższa przyjaciółka nadal mieszka z rodzicami. Nie dlatego, że tak to lubi.

Do niedawna studiowała jednocześnie dwa wymagające i trudne kierunki, równolegle pracując (w instytucji naukowej, w budżetówce; każdym może sobie wyobrazić, jakie to pieniądze.) Rzutem na taśmę zrobiła magistra z jednej specjalności, pisząc doktorat z drugiej. A, i jeszcze udziela się w uniwersyteckich kołach naukowych.

Ma mózg jak maszyna. Czuję się przy niej niczym co bardziej gapowaty Watson przy Sherlocku. To byłaby cholerna, cholerna strata, gdyby nie mogła puścić wodzy swoim wrodzonym i z żelazną konsekwencją rozwijanym predyspozycjom intelektualnym.

Powiedziała mi kiedyś: „Wybrałam edukację zamiast samodzielności. Moi rodzice nie są tacy źli.”

Czy jej życie jest bezpieczne? Względnie, założywszy, że mam zapewniony dach nad głową, opłacane czynsz, prąd, internet, zapewnione jakie takie posiłki.

Czy jest wolna? Nie może sobie urządzić całonocnej imprezy. Ale zamiast bulić absurdalne kwoty za wynajem, pieniądze, które zarabia, odkłada na swoją pasję. Rozwija się umysłowo jak ten rozmaryn, każdego dnia.

Czy jest szczęśliwa? Tak, bez wątpienia.

Nigdy w życiu nie nazwałabym jej hubą i przegryzę gardło każdemu, kto to uczyni.

* * *

Uczciwie wyznaję – nie spotkałam nigdy całe-życie-niepracującej żony i matki, która byłaby ze swego wyboru zadowolona. (Możliwe, iż mam pod tym względem pecha.) Jakkolwiek wprowadzanie nowego pokolenia w życie jest zadaniem, którego doniosłości przecenić nie sposób, zarabiający mężowie jakoś rzadko to zauważają.

Ten, kto przynosi do domu szeleszczące banknoty, choćby był aniołem, doświadcza silnej pokusy, by prędzej czy później poczuć się lepszy. Ważniejszy.

Natomiast znałam kobietę, która zakochała się jak głupia. Dość dawno temu to było. Z całą ufnością weszła w buty wychodzone przez szeregi jej przodkiń – Żony Domowej. Jasny układ; ja ci zapewniam funkcjonujący dom i wychowuję twoje dzieci, ty na to wszystko łożysz.

Dwadzieścia pięć lat małżeństwa spędziła w kuchni i z dzieciakami, coraz bardziej ubezwłasnowolniona. Coraz dotkliwiej wyszydzana i poniżana przez małżonka, który kasą rządził. Zaczęło się od żartobliwego deprecjonowania („co ty wiesz o życiu, ty taka głupiutka jesteś”) zaś skończyło na rękoczynach. Facet wyświadczył w końcu światu przysługę i kojfnął. Pozostawiając przerażoną, bezradną, tęskniącą za nim (!) kobietę o poczuciu wartości własnej dyndającym gdzieś w okolicach pięt.

W chwili, gdy piszę te słowa, jej walka o zebranie się do kupy i dostosowanie do nowych reguł gry trwa.

* * *

Być może, że wszystko sprowadza się do tego, co nami powoduje, kiedy dokonujemy wyboru. Nie – ile naszego bezpieczeństwa/wolności jesteśmy gotowi poświęcić, ale: z jakich pobudek to czynimy.

Czy – i co – na koniec zostanie nam w garści?

Kluczowym jest czy strona, z którą z takich czy innych przyczyn idziemy na układ dotrzyma warunków umowy.