Strata

Ze stratami to jest tak, że jedna drugiej nierówna. Bywają zupełnie drobne (kiedy pierścionek wpadnie nam do otworu umywalki) i większe, jak wtedy, gdy dowiedzieliśmy się w gabinecie ortopedy, że już nigdy nie pojeździmy na nartach*. Dotyczą wszystkich możliwych sfer życia. Nie mamy na nie wpływu. Można by rzec, że strata jest istotą życia.

Dla mnie na pewno.

Jestem mistrzynią gatunku, bowiem coś istotnego utraciłam, nim jeszcze udało mi się pojawić na tym świecie. Perspektywę sensownego dzieciństwa na przykład. Powołali mnie na świat ludzie, którzy nigdy nie powinni byli mieć dzieci – świnek morskich zresztą też nie. Kaktus, o. Może z kaktusem dali by radę.

Potem to już szło seriami.  Straciłam niepowtarzalną okazję, by się uspołecznić w szkolnym gronie podobnych mi bezzębniaków. Szansę na nawiązanie więzi, które podobno rzutują na jakość całego późniejszego życia. Szansę na efektywne rozwinięcie wrodzonych talentów. Na rozsądnie wybrane studia. Na ukończenie tych studiów, na pracę, która nie polega na ozdabianiu czyjejś recepcji w rytmie opadających z brzękiem monet (13 złotych za godzinę.) Na niezależność finansową – ha ha, jaką?

Wszystko powyższe odebrał mi los i warunki. Zerowe umiejętności adaptacyjne – nikt mnie nie nauczył się adaptować – i choroba, która nie wzięła się z powietrza.

Prawdopodobnie straciłam również szansę na zdrowy, satysfakcjonujący związek. Nie wiem tego na pewno, ale po wszystkim, co mnie spotkało od płci bardziej owłosionej** – nie bardzo mam już  ochotę próbować.

Mam też dobre, piękne (albo przynajmniej miłe) wspomnienia. Jasne. Kilka łyżeczek deserowych miodu nie zmieni smaku beczki gów…dziegciu.

Stracie nie zawsze towarzyszy dramatyczny akompaniament trąb. Bywa, że skrada się na łapkach kota. Mam bardzo ładne i zupełnie bezużyteczne stopy; od lat nie mogę nosić butów na najmarniejszym nawet obcasie. Obecnie jest już tak źle, że nawet chodzenie po absolutnie płaskim sprawia mi ból.

Dwa lata temu przekłułam sobie uszy i cieszyłam się tym jak dziecko, bo całe życie marzę o kolczykach. Wielkich, dzwoniących, ostentacyjnych i ciężkich. Moje ciało odrzuca jednak każdy metal niczym Janusz Korwin-Mikke szansę na wejście do sejmu. Wygląda na to, że nie będzie mi dane.

Podaję przykłady drobiazgów, które autentycznie odchorowałam i choruję wciąż. Głupie uwagi nie będą publikowane (powinnam zrobić sobie z tego jakieś ceterum censeo i umieścić na winietce bloga, ale nie umiem.)

Najdotkliwsze są oczywiście straty związane z drugim człowiekiem. Kiedy odsłoniliśmy przed kimś miękki brzuszek, bośmy mu zaufali, a on wbił weń zardzewiały gwóźdź, który akurat leżał mu pod ręką. Może miał wyjątkowo kiepski dzień (uznaję to za prawdopodobne.) Niemniej gwóźdź jest gwoździem.

Nie wiem jak wy, ale ja zaufanie rozdaję ostrożnie. Bliźni jako masa to dla mnie homogeniczne stado, po którym niczego dobrego – czy zgoła rozsądnego tylko – nie warto się spodziewać. Ci, z którymi zjedliśmy beczkę soli to inny gatunek, nieporównanie szlachetniejszy. Tak uważałam. W końcu bowiem okazało się, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Będę je odtąd dawkowała dużo oszczędniej. To zaufanie.

Strategie przegryzienia straty znam takie, żeby ją przespać, przeczekać. Zająć się czymś zgoła innym.  Mam tu dwie pary spodni do załatania; to powinno pomóc.

Jakie są wasze straty? Jak sobie z nimi radzicie?

 

 

 

 

 

*nigdy – bez poważnej i kosztownej operacji, that is.

**teoretycznie.

12 thoughts on “Strata

  1. Za stratę uważam tylko takie sytuacje, kiedy coś miałam i już nie mam. Potencjalnych możliwości, które się nie ziściły, nie; o takich staram się w ogóle jak najmniej myśleć.
    Największe straty w moim życiu to utrata słuchu i śmierć, względnie odejście, bliskiej osoby. Jak sobie radzę? Bo ja wiem… Słuch poprawiam, na ile to możliwe, albo zastępuję innym zmysłem, a ze śmiercią chyba sobie nie radzę. Tzn. przyzwyczajam się, że osoby nie ma, ale nie wiem, czy to jest radzenie sobie – życie leci dalej i co poradzisz.
    I jeszcze mam takie małe straty, kiedy zgubię coś, na czym mi szczególnie zależało, i jestem na siebie zła, bo gdyby nie moje gapiostwo, to bym nie zgubiła. Na bieżąco one są nawet bardziej dotkliwe niż te duże, bo na duże nic nie mogę poradzić, a z małymi wystarczyłoby zazwyczaj być bardziej przewidującą lub uważną.

  2. strata Rodziców – Tato 27 lat temu, Mama 7 lat temu. Byłam przy Jej agonii (nowotwór kości) i do tej pory nie przepracowałam i nie poradziłam oraz nie poradzę sobie do końca życia z Jej, z Ich odejściem.
    utrata zaufania i wiary w miłość – absolutna i całkowita, po 4 kompletnie nieudanych związkach, w tym jednym 9letnim, zwieńczonym zaręczynami, roztrzaskanymi po 4 miesiącach przez romans eksa z nastolatką.
    strata ukochanego Kota.
    utrata dobrego imienia i honoru – pożyczyłam dla złodziejskiej kurwy sporą sumę pieniędzy w banku, a ta miast obiecanej spłaty oddała mi potężne „fukk ov”, czego efektem są obecni w moim życiu komornicy i od kilku lat życie w nędzy.
    utrata radości życia z powodów powyższych.
    utrata ukochanego kawałka ziemi w Borach Tucholskich – działki po Ojcu, na której planowałam umrzeć. Sprzedałam, żeby spłacić chociaż część długów po złodziejskiej kurwie.
    Utrata Przyjaciółki w zeszłym roku. Ot, tak, nagle, po sążnistym fochu o kompletną pierdołę, bez słowa wyjaśnienia. Wyrzuciła mnie jak śmieć. Może za biedna byłam dla niej, nie wiem.
    Jak sobie radzę? nie radzę nijak.
    przeszłam przez kolejne progi bólu w strefę, gdzie pełznie się powoli oczekując przypływu odwagi na śmierć.
    Tyle.

  3. Myślałam, że sobie radzę, ale nie radzę. Po jakimś czasie przychodzi zobojętnienie czy uspokojenie. I myślisz, no wreszcie wyszłam na prostą i wtedy zza węgła pada strzał, i rana co wydawała się być już zabliźniona na amen, znowu bluzga krwią.
    I znowu czekam, aż czas uspokoi emocje, do następnego razu.
    Nie, nie radzę sobie…

  4. Również tracę, nieraz mało, często dużo. Po przeczytaniu Twojego wpisu wróciłam do mojego bloga, w którym pisałam też o stracie. Wtedy miałam na myśli mój sypiący się związek oraz te mniejsze straty. Pod wpisem znalazłam komentarz mojego Tatusia. Tatusia, który był dla mnie kimś szczególnym, choć relacja ta nie należała do łatwych. Jego śmierć była moją największą stratą. Miną niedługo 3 lata, a ja nadal płaczę z tęsknoty. Ta strata sprawiła, że inne mocno zbladły. Strata ta też zaowocowała pewnym zyskiem. Zyskałam dystans do siebie i swojego ciała. Bo czymże są rozstępy czy nadmiar brzucha przy świadomości, że już nigdy się do niego nie przytulę, nie ucieszę z pięknego śniadania.

  5. Udrze w stół, a nożyce się odezwą. 😛 Więc się odzywam. „świnek morskich zresztą też nie” Świnki morskie mogę polecić tylko człowiekowi, który wielbi te zwierzątka ponad wszystko i jest gotowy na wnikliwe obserwacje (bo te zwierzęta mocno „ukrywają” choroby) i szastanie pieniędzmi na leczenie około kilogramowej kupki nieszczęścia. Kilka lat minęło, a ja ciągle się uczę zwracania na coś uwagi. Kurde, zastanawiam się, czy to nie jest głupia uwaga, która nie powinna mieć tutaj miejsca.

    A już na temat – czasem mnie korci, żeby się sklonować (na razie nie mam takiej możliwości, wiec to czysto teoretyczne rozważania) i zobaczyć, co by było gdyby. Gdybym miała sensowne dzieciństwa, z rozsądnym rodzicem, możliwość rozwoju SWOICH zainteresowań. W ogóle możliwość poznania, w którą stronę chcę się rozwijać, a nie zasuwania na kółko baletowe przez jakieś 4 lata (nie lubię ćwiczeń tego typu, tzn. mogę chodzić, wdrapywać się na góry/pagórki, jeździć na rowerze, ale gimnastykę najwyżej toleruję).

  6. Zapytałam kiedyś mojego męża jak radzi sobie z największymi stratami w życiu, bo wydaje się, że potrafi bez histerii, na zimno przełknąć dokładnie wszystko i chciałam poznać sekret tak imponującej postawy. Odpowiedział: „No cóż, palę punkt człowieczeństwa i jakoś idzie.”.

    • A wiesz, mój narzeczony stosuje tę samą metodę… Ja też próbuję. Ale mi niezbyt idzie. Tzn, czasem to dokładnie tak działa a czasem jednak ni wała.

  7. Tak sobie myślę, Nino, że te drobiazgi to jest chyba to najgorsze, co nam życie serwuje. W sensie, mam wrażenie, że często łatwiej jest podnieść się po takim wielkim ciosie, no bo wtedy wszystko jest takie na wysokim C, spektakularne, świat nas podziwia, sami podświadomie siebie podziwiamy („Matko, ale jestem niezłomny, po takim nieszczęściu jeszcze chodzę!”), jest jakaś emocja. A takie małe rzeczy, takie niby nic, to czasem są gwoździe do trumny. Nawet nie wiesz, jak bardzo przemawia do mnie Twój problem z kolczykami- bo taką sytuację marzenia o czymś, czekania i dostania od życia wielkiego faka znam doskonale. Wiem, jak potrafią boleć i dobić takie w sumie nie-wielkie sprawy. Natomiast ja uważam, że prawdziwe bohaterstwo to ta codzienna żmudna walka, to właśnie niedawanie się takim drobnym rzeczom. Jak pisała Musierowicz (w „Opium w rosole”, wydaje mi się), czasem uśmiech bywa aktem męstwa. I ja się staram tego trzymać, mimo, że moje życie obecnie jest obiektywnie taką szarą chujnią, pełną małych, bolących drobnostek. Co ja straciłam? Wraz z moim dawnym życiem chyba wszystko, w co wierzyłam, wszelkie złudzenia i jakiekolwiek zaufanie do tych owłosionych, to już chyba na zawsze… Ale nie straciłam nadziei. I staram się traktować świat lepiej, niż on mnie. Dzięki temu czasem są przebłyski, że na chwileczkę jest lepiej. Trzymaj się, kochana Nino, nieustająco i od wielu lat życzę Ci szczęścia i żeby się wszystko wyprostowało. Wiesz, że to, że się nie poddaję, zawdzięczam między innymi niektórym Twoim tekstom? Nie dawaj się, proszę! P.S. Wierzę, że z kolczykami sprawa jeszcze nie jest przesądzona!

  8. (Nie wiem, czy lubisz poezję, ale to jest tak bardzo na temat, że muszę.)

    Elizabeth Bishop

    TA JEDNA SZTUKA
    tłum. Stanisław Barańczak

    W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
    tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
    straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy.

    Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
    straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
    W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.

    Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk
    utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
    lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.

    Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
    blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie
    w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.

    Straciłam dwa najdroższe miasta – ba, dzierżawy
    ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
    do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

    Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
    który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
    tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
    tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.

    • Bardzo piękny wiersz i dziwię się, że mi tu nie przyszedł na myśl.
      Tak, jeśli chodzi o faki do rozdania, to w końcu ich zabraknie. Tylko czasem chwyta człowieka coś na kształt rozżalonej pretensji, że to wszystko wygląda, jak wygląda.

  9. Najgorsza strata – to wszystkie te śmierci najbliższych mi istot.Z którymi nie sposób sie pogodzić…
    Druga w kolejności to strata wiary w człowieczeństwo facetów.Normalny, ludzki, odpowiedzialny – to w zestawieniu ze słowem mężczyzna czysty oksymoron.
    Nie wiem, jak dwa gatunki człowieka mogą się tak bardzo różnić – znam masę fantastycznych, cudownych, ciepłych, mądrych kobiet – faceta, który przede wszystkim jest człowiekiem, a nie samczykiem ani jednego.

    • Nie dzieliłabym ludzi na gatunki podług płci. Faktem jest, że kultura znakomicie ułatwia mężczyźnie bycie dupęcwałem i nikt go za to do odpowiedzialności nie pociągnie – ale nie wszyscy są tacy. Poznałam w życiu paru empatycznych, mądrych mężczyzn (co nie znaczy bynajmniej, że byliśmy kompatybilni w kwestii związku.) Jak i kobiety, do których nie zbliżałabym się bez adwokata (ani zaostrzonego kija.) Moim zdaniem reguły nie ma. Choć oczywiście tych dupęcwałów lepiej widać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *