Poliamoria (5). Kiedy kogoś nie lubię

Ten obiektyw robi b. dziwne rzeczy z moją aparycją. W rzeczywistości mam większą głowę.

Ten obiektyw robi b. dziwne rzeczy z moją aparycją. W rzeczywistości mam większą głowę.

Tania jest irytująca. Zacznijmy od tego, że ja słucham rocka i metalu z przymieszką jazzu, a ona – jakichś folkowych fówien. (Wiadomo, że moja nuta jest najmojsza.) Zapuszcza te smuty przy każdej okazji. Co gorsza, Tania śpiewa. Z zamiłowaniem. Brzmi, jakby walcowano kota na zimno, ale jej to nie przeszkadza.

Szanowni, dzisiaj będzie o niechęci.
Nie do zjawisk czy rzeczy. O niechęci do innych przedstawicieli gatunku ludzkiego, z którymi nas los sfastrygował.

Znacie mnie już trochę. W kwestii toksycznych stosunków międzyludzkich jestem orędowniczką tzw. krótkiej piłki. Kąśliwa koleżanka, dbająca, byś nie poczuła się zbyt pewna siebie. Ten jeden znajomy, który myśli, iż cały wszechświat robi mu przytyki – więc ciągle czuje się czymś Urażony i oczekuje Przeprosin. Kumpel, który odzywa się tylko wtedy, gdy ma interes. Przyjaciel z dzieciństwa, któremu się nie powiodło – więc brnie w marazm, każdą propozycję rozwiązania problemu utrąca, za to hoduje pretensję do ciebie. Bo tobie akurat poszło lepiej. Ten jeden krewny/krewna, który regularnie, całkiem nieproszony oblewa cię krytyką ogólną i szczegółową. Jak błotem z wiadra.

Nie potrzebuję takich ludzi w swoim otoczeniu.

Szczerze mówiąc – uważam, że nie potrzebuje ich nikt. Życie to nie przechadzka po Disneylandzie.
Owszem, bywa przepięknie, lecz głównie bywa zapierdol. Pod prąd warunkom i okolicznościom.
Sprawy do załatwienia, terminy do dotrzymania, choroby i inne dopusty losu. Obawy i lęki. Trujący bliźni przyrzucają nam ciężaru. Tak, ich życie też nie pieści – a przykry sposób bycia często sprawia, iż nie miewają zbyt wielu przyjaciół. Ale żaden człowiek nie jest instytucją charytatywną. Nie powinien nią być. W imię czego miałabym pozwalać, by pasł się na mnie mentalny pasożyt?
Skonfrontujmy osobę z jej zachowaniem. A jeśli ta w odpowiedzi czyni, co może, byśmy ze swą szczerością poczuli się jak okrutnik bez serca/roszczeniowa łajza, to ciach i już.
Po kłopocie. Mówi się trudno i żyje się dalej.

Bywają jednak sytuacje, w których owo zbawienne „ciach!” jest niemożliwe.

Taką osobą bywa niestety nasza własna matka lub ojciec (o ile nadal z nimi mieszkamy.) Oczywiście najlepiej byłoby wyprowadzić się, choćby do jakiejś najętej klitki. Ekstrakcja z rodzinnego łona jest dla osobowości depresyjnej lub nerwicowej miodem na serce. Wiem, co mówię.

Taką osobą może być też ktoś, kogo kocha nasz ukochany/a. A my nie, za cholerę.

Widzicie, polikuła w tym jest podobna do rodziny, że o jej pełnym składzie nie nam decydować. Powiedzmy, że gorąco umiłowałam przykładowego Arkadiusza. Arkadiusz wprowadził w moje życie swą przykładową dziewczynę Tanię. Tania drażni mnie niczym sweter z czystej wełny. Wysypki od niej dostaję. Jednakże Arkadiusz mój umilony kocha ją i ceni. Mogłabym postawić chłopu ultimatum. Kobiety w związkach na wyłączność ponoć cały czas tak robią („albo ta zdzira twoja była, albo ja!”) i dlatego tyle jest szczęśliwych, sensownie funkcjonujących monozwiązków. Żartowałam.
Mogłabym dumnie strzepnąć włosami i odejść w siną dal.

Rzecz w tym, że Arkadiusz jest naprawdę, naprawdę w pytkę. Takiego zestroju cech pozytywnych i krzepiących nie spotyka się co dzień. Facet jest kapitalny. I bardzo bym chciała, by nam się udało.
Decyzja (czy machnąć tymi włosami, czy przegryźć swe rozdrażnienie i Współpracować) zależy oczywiście od tego, czy – i jak bardzo – Tania jest toksyczna. Każdy ma własną definicję toksyczności. Moja jest dość radykalna. Leci jakoś tak:

Toksyk = osoba, która zachowaniem i sposobem bycia CELOWO wprowadza w moje życie chaos, dyskomfort, kłopoty i przykrości.

Nie mówimy tu o kimś, kogo okradziono lub wpadł pod tramwaj, więc potrzebuje pomocy. Mówimy o ludziach, którzy mają taką – uświadomioną bądź nie – strategię życiową, że samym swoim istnieniem przysparzają innym zmartwień.

Toksyczność ma odmiany drobne i grubsze. Te pomniejsze, pospolite, to m.in.:

– słanie bliźnim docinków, dla niepoznaki owiniętych w komplementy;
– dezawuujące, nasączone jadem uwagi, asekurowane hasłem-wytrychem „konstruktywna krytyka” (sorry Winnetou, nikt się na to nie nabierze);
– kolportaż plotek i pomówień („Wiesz co, nie mogę ci zdradzić, kto, ale KTOŚ wczoraj powiedział, że twoja nowa powieść to gunwo”), judzenie ludzi przeciw sobie;
– wzbudzanie poczucia winy metodą na Kłapouchego („Idźcie, idźcie się bawić – ja tu sobie posiedzę całkiem sama.”);
…sami sobie możecie dopisać dalszych sto pozycji.

Grzechy grubsze:

– odwracanie kota ogonem, chroniczna nieumiejętność przyjęcia odpowiedzialności i przyznania się do wtopy;
– obiecywanie gruszek na wierzbie, składanie deklaracji, z których nie mamy zamiaru się wywiązać;
– pożyczanie pieniędzy, by następnie przepaść z nimi jak kamień w wodę;
– nieodpowiedzialność, łamanie powziętych przez ogół ustaleń w ostatniej możliwej chwili, wpędzanie innych w nerwy i koszty pod wpływem nastroju;
– ogłaszanie na fejsbubku, że właśnie rozważamy samobójstwo, JEŚLI wcale nie mamy takich zamiarów (chcemy tylko, żeby ktoś się nami zajął.)
Jeśli chcemy, żeby ktoś się nami zajął, to piszmy, że chcemy, żeby ktoś się nami zajął. Wołanie „Wilki! Wilki!” wyrabia ludziom NAPRAWDĘ zmagającym się z myślami samobójczymi bardzo złą opinię.

Za to ostatnie osobiście szatkowałabym.

Oko na Kleopatrę, ponieważ dlaczego nie.

Oko na Kleopatrę, ponieważ dlaczego nie.

Noszenie puchatego różowego sweterka, posiadanie piskliwego głosu, zamiłowanie do muzyki góralskiej, mówienie o naszym wspólnym partnerze per „dziubuś”, mówienie o pieniądzach „pieniążki”, zaś o fakturach „fakturka”, zaczynanie każdego zdania od „ja”, niewyciąganie po sobie kłęba włosów z wanny, robienie się na Super Trv Mhroczną Wiedźmę-Gotkę (sama czynię to regularnie) albo wręcz przeciwnie, na dzidzię-piernik…to nie są cechy toksyczne. To tylko rzeczy, które mogą irytować.

Bycie irytującym nie jest nielegalne. Założę się, że irytuję sporo osób.

Nasza hipotetyczna Tania jest dla mnie irytująca. Zacznijmy od tego, że ja słucham rocka i metalu z przymieszką jazzu, a ona – jakichś folkowych fówien. (Wiadomo, że moja nuta jest najmojsza.) Zapuszcza te smuty przy każdej okazji. Co gorsza, Tania śpiewa. Z zamiłowaniem. Brzmi, jakby walcowano kota na zimno, ale jej to nie przeszkadza.
Tania nosi tipsy. Ja prędzej opuszczę ten padół, niż pozwolę, by skalano mnie tipsami.
Tania jest weganką. Po każdej jej wizycie lodówkę Arkadiusza zawalają jakieś niezidentyfikowane bulwy i bure substancje w kostkach. Nic z tego nie da się zjeść.
Tania ma anemię i łatwo się męczy. Parę razy zdarzyło jej się zemdleć. Moim zdaniem Tania rżnie głupa.

Widzicie już, o co mi chodzi? Bywają takie idiosynkrazje, które stają między ludźmi niczym kość w gardle. Wum uważa Tanię za afektowaną. Tania – być może – uważa Wuma za gruboskórnego.
Nie będziemy koleżankami.

Dopóki Tania nie przyczynia Arkadiuszowi wspomnianych wyżej: chaosu, dyskomfortu, kłopotów i przykrości – moja niechęć do niej jest nieuzasadniona. Nie mam prawa uważać, że facet, z którym jestem, jest krzywdzony. Niechęć we mnie narasta, dławi? Mądrze zrobię, minimalizując kontakty z Tanią. Zwłaszcza, jeśli sztuka dyplomacji mi obca.

Czy zastanawiam się czasami, co właściwie Arkadiusz widzi w Tani? Szczerze? Już nie. Próbowałam, lecz nie doszłam do żadnych konstruktywnych wniosków. A pławienie się we własnym jadzie jest niezdrowe.

Nie mogę wymagać od niego, by uzależniał swe wybory od mojej aprobaty. Przecież nie chciałabym konsultować z moim partnerem doboru innych partnerów, nieważne, jak bardzo wydaliby mu się irytujący. (Jeśli toksyczni – to inna sprawa.)

Znacie tę starą piosenkę Hey, „Niekoniecznie o mężczyźnie”? Co prawda mówi ona o kimś jednoznacznie paskudnym – ale akurat ta zwrotka dziś do mnie przemówiła:

Nie mogę uciec od niego, nie
Bo ramionami zszyli nas
Kilka narządów wspólnych jest
Nawet nie mogę mu życzyć źle

Dalej leci passus o „wyłupywaniu oczu swych.” Byłabym za tym, by niczego pochopnie nie wyłupywać. Między serdecznością a nuklearną zimą jest jeszcze zdrowy rozsądek.

Miał być wpis-rant, a wyszło jakoś tak polubownie. Chyba się starzeję.
Dajcie głos w temacie (niekoniecznie w kwestii starzenia, choć i tak może być.)

Mam w domu Czerwoną Ścianę ( i nie zawaham się jej użyć.)

Mam w domu Czerwoną Ścianę ( i nie zawaham się jej użyć.)

12 thoughts on “Poliamoria (5). Kiedy kogoś nie lubię

  1. Świetnie napisana notka. Parskłem, kiedy się okazało, że dygresja o toksyczności to (przynajmniej w temacie Tani) czerwony śledź.

  2. Śliczne oczy. Ten teges. Reszta wpisu wydaje się być sensowna, nawet bardzo, choć jak każda osoba toksyczna mam problem z fragmentem o toksyczności XD.

    *ej, ale dlaczego zostawianie po sobie włosów w wannie nie jest toksyczne XD?!*

  3. Hm… wedle Twojej definicji toksycznosci to moja matka nie jest toksyczna, bo przeciez CELOWO sie tak nie zachowuje. Tylko, ze ona JEST toksyczna.
    Niecelowo dlatego, ze jest swięcie przekonania o tym, iż wszelakie jej toksyczne działania są „dla mojego dobra”. Sugestie, ze to nie jest „dla mojego dobra” spływają po niej jak po kaczce.
    Nie, zebym tu byla jakims wyjatkiem, takich kobiet jest w Polsce kilkaset tysięcy myślę…

    A bluzka bardzo fajna 🙂

    • Przez „celowo” rozumiem także to wspomniane niżej „świadomie lub nie.” Można coś robić celowo, ale nieświadomie (gdy prawdziwe przyczyny naszego postępowania mamy tak obudowane racjonalizacją i zepchnięte w podświadomość, że trzeba porządnej terapii, by je wywlec na wierzch.) Myślę, że Twoja mama się kwalifikuje. Kilkaset tysięcy, jak najbardziej. P.S. Dzięki, lubię ją.

      • No tak. To rzeczywiscie ten przypadek. Ona celowo „chce mi pomóc”.
        Swoja drogą zawsze mnie fascynował taki przypadek: ktoś robi innej osobie krzywdę, ta protestuje i prosi zeby nie, ale przekonanie o własnej racji i motwacji jest tak wielkie, że i zabić można. Co w Polsce ma szeroką tradycję – dość wspomnieć biedną Anielkę (czy jak jej tam było), co ją zapakowali na 3 zdrowaśki do pieca…..
        Tyle czasu upłynęło i jakoś specjalnie za wielkich zmian nie widać :-/

        Naszyjnik tez fajny, ale przyznam szczerze, ze balabym sie nosic, ze wzgledu na zrobienie sobie kuku – ja z tych, co to jak ma się zepsuć, to napewno mnie 🙂

        • Kilkaset tysięcy jak nic. Też mam taką matkę… I mój przyjaciel ma taką matkę… Wyprowadzka, terapia, pakt z demonem, nic nie jest za mocnym środkiem, żeby się od takiej toksyny odseparować. Nic powiadam, przetestowaliśmy wszystko i wciąż się śladowa ilość jadu przesącza. Ale pracujemy…

    • Wiesz, zdaję sobie sprawę, że weganiczne jedzenie może być jadalne. Szkopuł w tym, iż składniki wyglądają tak, że nie mam pojęcia, co tu jest jedzeniem, a co opakowaniem. Gotową potrawę wdzięcznie przyjmę 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *