Pogarda

Trzeba coś napisać, bo mi blog schnie. No to piszę.

Pogarda. Młodsza, bardziej wysnobowana siostra nienawiści. Znacznie bardziej od niej cywilizowana, przynajmniej ja tak to widzę. Nienawiść wali maczugą na odlew. Pogarda szydzi zza haftowanego wachlarza.
Równie jadowita. I równie potrzebna. Tak to bywa z truciznami – w mikrych dawkach są niezbędne. Ustawiają nam azymut smaku.

Jako młode dziewczę o katastrofalnie niskim poczuciu własnej wartości pogardzałam hojnie, często i chętnie. Powody bywały absurdalne. Gardziłam ludźmi w koszulkach z zespołami, których nigdy nie słyszeli. Obłudą we wszelkiej postaci. A potem dorosłam i zrozumiałam, że dla niektórych kłamstwo to jedyny sposób, by móc zaczerpnąć oddechu. By ściana rzeczywistości nie zmiażdżyła im płuc.
Nieczęsto kłamię, bo nie umiem, ale jakoś to pojmuję.

Oczywiście najwięcej pogardy mam dla siebie. Nie spełniłam żadnego z własnych oczekiwań. Gdybym mogła, to bym się wydziedziczyła. 😀

Myślę, wiecie, że z tym uczuciem trzeba postępować tak, jakbyśmy byli bohaterem w grze typu RPG. Na każdym etapie rozgrywki dostajemy do rozdysponowania ileś punktów, które możemy potem ulokować w naszym drzewie umiejętności. Te punkty w każdej grze zwą się jakoś inaczej, lecz zasada jest jedna: zawsze mamy ich mniej, niż potrzeb. Trzeba decydować.

Każdy z nas produkuje ileś faków do dania. Ilość faków zależna jest od wielu czynników, jak to: odporność osobista. Temperament (zamiłowani społecznicy rozdają tych faków o wiele, wiele więcej niż np. ja.) Zdrowie fizyczne i psychiczne (chory człowiek naturalną rzeczy koleją będzie miał o wiele bardziej gdzieś, niż zdrowy i żwawy.) W każdym razie, każdy z nas posiada taką – zawsze zbyt szczupłą – pulę punktów, a potem wkracza życie, całe na biało i podsuwa nam pod nos różne wydarzenia oraz zjawiska. Czasem jest to przemarsz neonazistów w Dniu Niepodległości. Czasem człowiek znany jako Mateusz K., ongiś medialna twarz obywatelskiego ruchu oporu, obecnie…a, sami sobie sprawdźcie, co obecnie.

Rzucamy w te zjawiska punktami pogardy. To zdrowy odruch; będę się przy tym upierać. W dniu, w którym przestanę pogardzać, równie dobrze mogę zapomnieć, co jest słuszne, a co złe.

Przedawkowanie pogardy rodzi jednak fatalne efekty. Robimy się z siebie bardzo zadowoleni; lecz nie jest to zadowolenie ufundowane na czymś dobrym i jasnym, jak wymierne osiągnięcia, a na ciemnej uciesze płynącej z niedostatków i wtop bliźnich. Mam wrażenie, że nie można długo karmić się tak paskudną strawą, samemu nie morfując przy tym w coś paskudnego.
Warto pamiętać, że to, iż czymś/kimś pogardzamy bynajmniej nie oznacza, że my sami jesteśmy fantastyczni.

Do czego zmierzam? Tych punktów pogardy na wszystkie ważne sprawy nam nie starczy. Z pewnością nie starczy ich na sprawy nieważne. Muszę rozdysponowywać pogardę ostrożnie, bo jeśli przepalę ją na agresywnych wegan i takich, co uważają, że o mojej wartości jako istoty ludzkiej świadczy waga ciała – to zabraknie mi na neonazistów. Rozumiecie? W ważnym, decydującym momencie będę kompletnie apatyczna, bo rozdałam już wszystkie faki.
Zdarzało mi się to po wielokroć. Na demonstrację poszłam ze trzy razy w życiu (patrząc się w swoje buty i gorliwie usiłując wytłumić ten koszmarny, koszmarny hałas dookoła.) Nie bardzo się nadaję do tego typu spraw. Stać mnie co najwyżej na rozwalcowanie jakiegoś szowinisty w internecie.

Potrzebna mi cała pogarda, jaką jestem w stanie zgromadzić. Nie jako drobna amunicja do rozrzucania bez pamięci; jako jadowity kapitał, trzymany na właściwą (ostatnią?) chwilę.

Ponieważ siostrą pogardy jest nienawiść, ale jej bratem jest gniew.

A bez gniewu nic się nie zmieni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *