Jak pogodzić się z tym, z czym pogodzić się nie da?

 

To nie będzie, niedajborze (sosnowy bądź liściasty) poradnik. Gdybym znała odpowiedź na niniejsze, nie byłoby mnie tu. Byłabym na Seszelach, tarzając się w forsie.

Tyle tytułem wstępu. Po prostu tak sobie dziś pogdybam.

Życie składa się głównie z dużych przykrości  i niewielkich pociech. Przynajmniej ostatnio i przynajmniej moje. Bywa, że przykrości okazują się pogramialne – wystarczy taką trzepnąć szpadlem po  łbie i chowa swe gargantuiczne cielsko pod wodę. Bywa, że pociecha rośnie nam w oczach niby drożdżowe ciasto.  Ale przeważnie mamy do czynienia z sytuacją pierwszą.

Te wszystkie urodziwe zachody słońca, kubki mocnej herbaty, kocie mruczenia, okejki pod naszym postem –  skromne pociechy depresanta, które niejednokrotnie promowałam na blogu, te brylanty drobnoziarniste czasami nie wystarczą, gdy staje się nosem w nos z przykrością tak nieprzebytą i opasłą, że aż zatyka dech.

Był ktoś. Osoba. Dla mnie ważna, kiedyś jeszcze ważniejsza. Starałam się ze wszystkich sił pogodzić z czasem przeszłym. Nie mam żadnego mechanizmu przepracowywania strat tego kalibru, po kilku latach zmiennych natężeniem wysiłków pozostała zatem pogodna konstatacja, że z tym akurat nigdy sobie rady nie dam.  Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości zbyt głębokie. Kij z tym: alleluja i do przodu. Możemy być przyjaciół…no, kolegami.

Niedawno dotarło do mnie, że kolegami też już raczej nie jesteśmy. Poprawcie mnie, jeśli się mylę – koledzy nie mają zwyczaju wstawiać sobie kitu w istotnych sprawach.

Każde z was zapewne ma taką swoją opowieść. Co robić, co robić, gdy ktoś już dawno położył na nas kreskę, ręką machnął, wziął się za swoje nowe, wspaniałe (bo bez nas) życie. A my? A my nie mamy się za bardzo za co wziąć. Nam zabrakło farta. Czujemy się w świecie jak Bridget Jones w tym starym filmie, na upiornym obiedzie przy długim stole, gdzie czereda sparowanych spogląda na rodzynkę z dyskretną fascynacją niczym na pangolina w Zoo. Pada pytanie: – Powiedz nam, Bridget droga, czemu teraz jest tak dużo singielek?

Nieszczęśnica, na rympał mianowana ambasadorką wszystkich samotnych jąka wreszcie: – Bo…mają ciała pokryte łuskami?

Tak się czuję ostatnio. Pokryta łuskami.

Jak pogodzić się z czymś tak dotkliwym, że tnie do kości, wgniata płuca? Jak przepracować poczucie, że Wszyscy Dookoła Są Tacy Szczęśliwi* tylko nie ja?

Jak dać sobie radę  z wiedzą, że nie ma i nie będzie żadnej sprawiedliwości, ani grama symetrii. Ot, po prostu jedni szybciutko się otrzepują i już za rogiem znajdują nowy, wspaniały związek, a nam nie idzie tak łatwo. Nie ma to nic wspólnego z przymiotami ciała czy umysłu. A może ma, tylko ja w swym narcyźmie nie potrafię tego dostrzec?…

Podrzucono mi ostatnio sugestię, że jeśli chcę kogoś poznać, to powinnam więcej wychodzić z domu. Szanuję tę logikę, lecz szkopuł w tym, iż ja ostatnio do wychodzenia między ludzi zupełnie się nie nadaję. W tłumie moja pojedyńczość wystaje jeszcze bardziej.

Pośród rozbawionych grupek ludzkich robi mi się chujowato i nijak, bo ja nie mam swojej grupki. Zaś na widok szczęśliwych par czuję chęć, by umknąć do kibla i tam płakać. No trochę przypał.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest przyjemny w czytaniu post, ale dostałam garść sygnałów, że lepiej, bym pisała z dna czeluści, niż nie pisała wcale. Piszę zatem.

Jakie są wasze sposoby na przełknięcie tej wielgachnej żaby? Wierzę, że jakkolwiek ludzie są różni i rozmaite mają piramidy Maslowa – to każdy ma swoją żabę.

Dajcie znać, proszę. Własnych pomysłów nie mam już żadnych.

 

 

* Ten sezon ślubów mnie dobija.