O tym, że moim zdaniem nie warto ludźmi potrząsać

Człowiek jest kruchy. „Autoportret”, rzeźba autorstwa Sophie Kahn.

Akt potrząsania jest w gruncie rzeczy potrzebny tylko temu, kto potrząsa. Żeby mógł o sobie myśleć dobrze. Jako o tym, co „otwiera ludziom oczy.”

Ta cała choroba sprzyja rozmyślaniom; czas spędzany głównie na leżeniu rozciąga się jak guma w starych gaciach. Nim się człowiek zorientuje, już tkwi mózgiem po pachy we własnym pępku.
Zapraszam, byście to sobie wyobrazili, a jakże.

Myślę o potrząsaniu jako metodzie wychowawczej. Na pewno wszyscy widzieliście taką scenę nie raz: dziecko wpada w rozpacz w miejscu publicznym. Wyje, szlocha, miota się jak żywy węgorz. Matka (czasem ktoś inny, ale najczęściej jednak jest to matka) zacina usta, śle w eter jeszcze przyciszone, lecz ciężarne irytacją komunikaty. Słowa wylatują z jej zaciśniętych warg wąskie i ostre jak żyletki. To nic nie pomaga; dziecko dalej produkuje te trudne do zniesienia dźwięki. Nieszczęsnej kobiecie pęka żyłka; chwyta potomstwo i zaczyna nim potrząsać. Często już sama krzycząc przy tym.
Potem mogą się zdarzyć dwie rzeczy. Albo dzieć zamilknie, łypiąc spode łba, łykając gluty. Głęboko przekonany o tym, że jest całkiem sam w znanym ludzkości kosmosie, gdyż mać, istota predestynowana, by pochylać się nad jego emocjami, okazała się kimś bezbrzeżnie obcym i dalekim. Albo rozwrzeszczy się jeszcze bardziej.

Tak czy owak na pewno niczego nie zrozumie. Zważywszy, że często w takich sytuacjach z ust sfrustrowanej opiekunki padają słowa „tyle razy ci mówiłam!” lub „no i czemu mnie nie słuchasz?!” – znajduję to smutnie humorystycznym.

Nieczęsto urządzałam seanse wycia na ulicy, bo za bardzo się bałam konsekwencji. Od czasu do czasu zdarzało mi się wywieść ryk w czterech ścianach rodzinnego M. Pamiętam, że jako mała dziewczynka szlochałam w głos: „Nikt mnie nie kocha!” ponieważ tak się własnie w danej chwili czułam. Mój dziecięcy kosmos był wciąż niewielki i szczelnie wypełniony desperacją. Matkę bardzo to śmieszyło. Czasem mnie przedrzeźniała.

Ale znowu zjechałam w dygresję, wiecie. Wróćmy do tematu tego wpisu.

Jestem za tym, by nie potrząsać. Ani dziećmi, ani dorosłymi. Swoim ni obcym.
W akt potrząsania wpisane jest przekonanie o fundamentalnej nierówności stron. Tylko dorosły może potrząsać dzieckiem; w drugą stronę to tak nie działa.

Tzn. zdarza się, lecz wtedy mówimy, że dziecko jest rozbisurmanione i nie wychowane jak trzeba.
To osoba, która ma przewagę (intelektualną, moralną, wszelką) potrząsa tą, która jej nie ma. Potrząsnąć – to znaczy dramatycznie a z przytupem zaznaczyć swą bezapelacyjną wyższość nad drugim człowiekiem. Potrząsnąć – to ukazać temu, kto błąka się w ciemnościach światło obiektywnych faktów, blask niezaprzeczalnej prawdy. Zawrócić z błędnej drogi. Potrząsnąć – to Mieć Rację.
Strasznie to wszystko podszyte pychą i zadowoleniem z siebie, prawda? Nie wspominając już o tym, że brutalne. Kiedy mówimy: „trzeba nim potrząsnąć” tak naprawdę mamy na myśli: zburzyć budowlę, którą ten człowiek – kto wie, z jakim mozołem – w sobie wzniósł. Przeorać spychaczem jego wewnętrzny krajobraz. Zrobić komuś krzywdę, ale dla jego dobra.

Krzywdzono mnie „dla mojego dobra.” Jestem dzięki temu bardzo, ale to bardzo czujna na wyrażenie „dla twojego dobra.” Ten, kto szermował tym sformułowaniem w stu procentach przypadków miał na myśli dobro własne. Po prostu wstydził się przyznać, że jest egotykiem do sześcianu i czuje się szczęśliwy tylko wtedy, gdy tzw. bliska osoba chodzi u niego jak po sznurku.

Ilekroć myślę sobie: „Tak nie może być, on/ona/ono nie może tak funkcjonować, muszę coś powiedzieć, muszę ją/nim/nimi potrząsnąć!…” – szczypię się w rękę. Bo właściwie dlaczego muszę? O ile sytuacja (nieważne, jak rozpaczliwa i domagająca się rozwiązań) nie tyczy mnie osobiście, wcale nie muszę. A nawet nie powinnam. Istnieje jeden jedyny przypadek, w którym jestem uprawniona do wyrażenia szczerej i bezkompromisowej opinii. Kiedy mnie o nią wprost poproszą. A i tu zalecana jest ostrożność. Niezależnie od tego, jak mocne więzy łączą mnie i pytającego, są pytania, na które dobrej odpowiedzi nie znam. Np. „Co tak naprawdę sądzisz o mojej książce?”

Nie jestem żadnym mnichem Zen i nie pozuję na takiego. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą dobrze, iż temperament mam dynamitowy; co w sercu, to na języku. W dyskusji często pierwsza do wystrzelenia komuś w twarz z krócicy, jeśli wydaje mi się, że zasłużył. Potem bywa, że tego żałuję. Moimi dobrymi chęciami wybrukowane jest za to sami wiecie co.

Jako młoda osoba uległam wpływom pierwszego chłopaka (patrz: egotyk do sześcianu) co uważał, że jeśli kobieta nie ubiera się Po Kobiecemu, to coś jest z nią dotkliwie Nie Tak. Zaczęłam mantykować mojej najlepszej przyjaciółce, miłośniczce praktycznej sportowej odzieży bez afiliacji płciowych, żeby choć Rozważyła jakieś dekolty czy inne kwiatuszki. By przestała szkodzić swojej urodzie! Przyjaciółka jest (zawsze była) osobą głęboko mądrą; wybaczyła mi ten nagły atak spawacza. Chłopak odpłynął w końcu w pomrokę dziejów, nigdy więcej do tego nie wróciłyśmy. Lata później nauczyłam się wreszcie, że niektóre kobiety wcale nie chcą wyglądać Kobieco – i to nie znaczy, iż mają jakieś problemy wymagające naszej interwencji.

Albo inny przykład. Zostałam kiedyś oszukana przez ówczesnego pracodawcę. Nie ja jedna; do dziś zewsząd spływają świadectwa rozmaitych ludzi, od których ten człowiek, notoryczny kłamca i naciągacz, wyłudził pracę, za którą nie zapłacił. Albo też coś im obiecał, a potem się nie wywiązał. Przykra, śliska, obrzydliwa sprawa. Znałam dziewczynę – bardzo fajną i bystrą – której ten padalec również nie przelał należnego wynagrodzenia, zasłaniając się wyimaginowanymi trudnościami. Mimo to trwała na stanowisku. Chciałam nią potrząsnąć, chciałam jej uświadomić, że jest ofiarą oszusta. Starałam się jak mogłam. Nie uwierzyła mi. Podejrzewam, że do dziś nie wierzy. Nie wiem tego na pewno, bo już nie rozmawiamy.

Akt potrząsania jest w gruncie rzeczy potrzebny tylko temu, kto potrząsa. Żeby mógł o sobie myśleć dobrze. Jako o tym, co „otwiera ludziom oczy.” To mile łechcący próżność tytuł.

Sęk w tym, że ludzie są znacznie bardziej skomplikowani, niżby się wydawało. Tak samo skomplikowani jak my (gasp!)  Ilekroć robię lub mówię coś irracjonalnego, czuję coś, co nie mieści się w wąskich przegródkach dla Uczuć Dobrze Wychowanych – potrafię wskazać wewnętrzne niteczki, biegnące od tych czynów i słów do jądra przyczyn.

Mam swoją wewnętrzną mapę, która składa się z pajęczyny blizn.

Żaden drugi człowiek (choćby nie wiedzieć jak zaangażowany) nie zobaczy tej mapy w całej jej złożoności. Obcy przekonany, iż jest jasnowidzem tym bardziej.  Zdawało mi się nie raz, że z tzw. dystansu widzę sedno problemu. To była dupa a nie prawda. Dlatego spadochronowanie ludzi z rewolucyjnymi radami („po prostu zacznij biegać”, „po prostu jedz mniej”, „po prostu się tym nie przejmuj”) jest takie bezsensowne.

Nie wiem, jak wy, ale ilekroć ktoś oswojony przechodzi z trybu „empatia i zrozumienie” w tryb potrząsania, gdzieś we mnie z dyskretnym hukiem zamykają się kolejne drzwi. Czuję się wtedy tak samo samotna w lodowatym kosmosie, jak czułam się, przełykając łzy w wieku pięciu lat. I wiem już dobrze, że więcej tej osobie w niczym nie zaufam. Bo oto ujawniła się jako ktoś obcy, kto ma mnie i moje uczucia w dupie.

Nikt, kto nie jest terapeutą ze szlaczkiem z dyplomów na ścianie – nie ma prawa wchodzić nam z kaloszami głęboko do duszy. A i terapeuta ma je tylko wtedy, jeśli mu za to zapłaciliśmy.

Tak uważam. A co wy sądzicie?

 

12 thoughts on “O tym, że moim zdaniem nie warto ludźmi potrząsać

  1. Ważny tekst. Zgadzam się z większością, oprócz jednego z ostatnich zdań: „Bo oto ujawniła się jako ktoś obcy, kto ma mnie i moje uczucia w dupie.” – tu muszę krzyknąć – nie! Choć w pewnych wypadkach może być to zdanie prawdziwe, jeżeli na przykład straciliśmy głowę i zwierzamy się osobi umiarkowanie bliskiej (co jak sobie wyobrażam, w afekcie może nam się zdarzyć), ale czasem twój przyjaciel może wpaść w tryb potrząsania z powodu przerażenia. Obezwładniającego przerażenia. Histerii. Kiedy widzisz, że osoba ci bliska biegiem pędzi w stronę absolutnej przepaści, czepiasz się wszystkiego – nawet ordynarnego ataku – bo chcesz ją uratować. Pracuję nad sobą, by nikomu nie dawać rad (nawet typu: „kupuj Colę zamiast Pepsi, gamoniu”), ale przypominam sobie co najmniej kilka sytuacji, kiedy usiłowałam mentalnie chwycić moje przyjaciółki za ramiona, ba, nawet za łeb, i nie tylko potrząsnąć, ale i parę razy zdrowo walnąć tym łbem w ścianę. Jest w tym jakiś odruch, wyobrażam sobie, że kiedy biegł na nas tygrys szablozębny, nie tłumaczyliśmy pobratymcowi, że może warto by rozważyć ucieczkę lub litowaliśmy się nad jego strachem, ale capaliśmy ofiarę brutalnie za skalp i wlekliśmy za sobą oddalając się biegiem. Więc protestuję przeciwko odzieraniu tego aktu z uczuć, jeśli robi to ktoś bliski i naprawdę, naprawdę do głębi przejęty.
    Teraz czas zapytać, czy to kiedykolwiek zadziałało.
    Cóż.
    Wciąż się zastanawiam 😛
    Dlatego nazywam to odruchem, a nie strategią – chciałam tylko obronić intencje. Oduczam się tego. Trzeba dużo pracy, by nie ulegać takiej histerii, by zdobyć się na odwagę i pozwolić przyjacielowi w opałach radzić sobie z tym wszystkim na swój sposób, oferując tylko zrozumienie i wsparcie. Jak dla kogoś to łatwe, to w wlaśnie tym przypadku zastanawiałabym się poważnie nad empatią takiego stoickiego delikwenta. Ale sie nie upieram, bo mam głęboką nerwicę lękową, więc może po prostu zapraszam do dyskusji.

  2. A ja się nie zgodzę – przynajmniej nie z całością. Przyjaciele są również po to, żeby wskazywać nam błędy – bo belki we własnym oku łatwo nie zauważyć. Podjęcie próby uświadomienia im, że idą w złą stronę nie jest apriorycznie złe, zakładając, że zachowujemy takt i robimy to z troski o drugą osobę. Akceptowanie przyjaciół niezależnie od tego jak daleko od naszego własnego bieguna są (czy to w stroju, podejściu do jedzenia czy czegokolwiek innego) to jedno. Patrzenie beztrosko jak robią coś bezbrzeżnie głupiego czy złego – coś zupełnie innego.

  3. I znowu można tu się potknąć i wyrąbać mordką na ryjek o różne progi wrażliwości. O tym, czy coś jest potrząsaniem, decyduje li i jedynie potrząsany. I tak ma być, tak właśnie jest dobrze. Bo nawet znając człowieka lat kilka można wpaść mu niechcący w dziurę wybitą przez liczne kilofy, z wierzchu mało widoczną.

    Co zrobić później – przeprosić. Zapamiętać, gdzie ta dziura, żeby jej więcej nie pogłębiać. Jesteśmy ludźmi, jesteśmy wszyscy nieidealni, mylimy się. Jeśli przyjaciel nam przydzwoni, to niekoniecznie dlatego, że nie jest przyjacielem. Może ma inne progi, może nie wie o naszym kilofie… Przyjacielem być przestanie, jeśli odwali identyczną manianę drugi czy trzeci raz, z pełną świadomością.
    Tak jak pisała wyżej Polly, czasem to potrząśnięcie to rozpacz. Bo przyjaciółka czwarty raz daje szansę gościowi, który nie uważa wykręcenia ręki za przemoc. Bo przyjaciel się zachlewa. Bo ktoś, zwykle bliski i kochany robi sobie albo komuś krzywdę, a idzie w zaparte, że wcale nie. I wtedy to jest ostatni wrzask, zanim sobie człowiek odpuści, przestanie próbować, przestanie się przejmować. Zwykle po wcześniejszych wielokrotnych a kulturalniejszych tekstach.

    Jasne, są fiutki niskopienne, które lubią innymi potrząsać, bo lubią ich gnoić. „Patrz jak się spasłaś, zrób coś ze sobą” – to jest bycie chujkiem. „Przecież ty nic nie osiągnąłeś w życiu” – to bycie chujkiem. Ale wiele pozostałych przypadków ma niezły, choć bolesny przekaz podany w obrzydliwej formie. Wtedy opierdzielam za formę, ale biorę pod uwagę treść. Zakładam en masse, że ludzie, *bliscy* ludzie nie chcą mnie gnoić, tylko mnie lubią i jestem dla nich ważna. Mogą się mylić, trafiać kulą w płot – ale może, skoro jedno zdanie od kogoś, kogo cenię i lubię, tak piekielnie uwiera, to może pokazało mi coś, co wolałam upchnąć i nie zauważać.

    Z kolei terapowanie innych zostawiłabym rzeczywiście zawodowcom. Jakem prawdziwny psycholog (ale *nie* terapeutka, dobry Cthulhu uchowaj).

    • Dla mnie forma przekazu jest absolutnie kluczowa. Mam za sobą zbyt wiele bolesnych doświadczeń z próbą wrogiego przejęcia. Ktoś, kto zaczyna mówić do mnie o moich problemach tonem nie uznającym sprzeciwu – sam się wypisuje z grona tych, którym jestem skłonna ufać. Których jestem skłonna w ogóle słuchać. Mam również absolutnego hyziolca na punkcie wolności. Jest mi niezbędna do życia znacznie bardziej niż takie na przykład bezpieczeństwo. A że nikomu ufać tak do końca nie warto, bo nawet ludzie bliscy i drodzy znienacka stają się dalecy i obojętni – wiem, bo sprawdziłam.

  4. Bardzo Ci dziękuję za ten wpis. Jak zwykle ujęłaś w kilku bardzo trafnych zdaniach sedno problemu, z którym sama borykam się od bardzo dawna. Zwrot „dla twojego dobra” budzi we mnie te same odczucia, co wyrażenie „wartości rodzinne” i sprawia, że w jednej chwili wyrastają mi zęby jadowe oraz kolce.

    Niedawno, notabene, miałam przykrą przygodę z nową terapeutką, którą mi zarekomendowano jako ponoć bardzo dobrą. Poszłam, zaufałam, zapłaciłam 150 zł za wizytę. Zaznaczę, że jestem osobą głęboko straumatyzowaną różnymi wydarzeniami z przeszłości, po których do dzisiaj zbieram się do kupy z ogromnym wysiłkiem. Pani pobieżnie mnie wysłuchała, po czym po półgodzinie mi przerwała i zaczęła perorować: „Pani jest taka i siaka, ma pani problem z tym i tamtym. Ja widzę, że pani ma podejście typu ja jestem wspaniała, a świat zły. Mówi pani, że pani pisze, tak? To typowa ucieczka, bo gdy nie lubimy jakiegoś bohatera, możemy się go pozbyć. Mamy nad tym kontrolę. W życiu to tak nie działa” … itd., w ten deseń. Wszystko to brzmiało jak frazesy żywcem wyjęte z podręcznika pt. „Zostań psychoterapeutą w weekend”. Wyszłam z jej gabinetu wkurwiona jak rzadko i obiecałam sobie, że noga moja więcej tam nie postanie. Zbierałam się psychicznie po tej wizycie przez tydzień, a to bynajmniej nie była pierwsza historia tego typu.

    Twój wpis zrobił mi znacznie więcej dobrego, niż wynurzenia pani specjalistki, i to w dodatku za darmo. Keep up the good work. Oraz: #teamcap #goodchoices 😉

  5. Potrząsanie wydaje mi się ogólnie działaniem obmierzłym i zaspokajającym potrzeby potrząsającego. Ale widzę też wyjątki. W Polsce to nie ma chyba nazwy, a anglojęzyczni mówią intervention. Taka sytuacja, gdy bliscy postanawiają potrząsnąć osobą staczającą się w nałóg. Żeby sprowokować do myślenia i podjęcia leczenia. Koleżanka wraz z rodziną zrobiła taką „interwencję” swojemu bratu. To, co mi opowiedziała, było bardzo przejmujące – było jakąś formą przemocy psychicznej, ale jednocześnie byłam całkowicie pewna, że to było podyktowane miłością. Nie wiem, czy da się jakoś inaczej. Wiem, że chłopak zgodził się na odwyk.

  6. Nino, można się z tobą w jakiś sposób skontaktować? Bardzo chciałabym z tobą porozmawiać, wydaje mi się, że mogłabyś mi pomóc, oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko

  7. Mam brata, lat 33. Pracy nie ma, studiów nie skończył, z matką żyje jak pies z kotem (na jej koszt), lubi wypić, nie znosi Arabów i feministek. Leczy stwierdzoną psychiatrycznie depresję, ale tylko tabletkami, na spotkanie z psychologiem poszedł dwa razy i więcej nie chce o tym słyszeć. Na wspólne aktywności daje się namówić od wielkiego dzwonu, CV pisze już drugi miesiąc. Nie wywiązał się z żadnej umowy, a gdy mu o tym wspomnieć, drze się, że „przecież ma depresjęęęę!!”.
    Żeby nie było, kocham brata, ale nie jestem milionerką ani dobrą wróżką. Po śmierci matki nie zdołam go raczej utrzymywać, a ona raczej nie opatentowała leku na nieśmiertelność. Szczerze? Dla mnie mógłby przesiedzieć resztę życia w pokoju, pić do oporu (nasz ojciec umarł z przepicia i miał bardzo piękną śmierć, we śnie, po powrocie z mojego wesela ;-]) i zgasnąć przed 50., jeśli taka jego wola, ale niestety do tego czasu nie mogę dać mu gwarancji wiktu i opierunku. Ani milionów monet w spadku na wypadek, gdybym umarła wcześniej niż on. Do tej pory nie tłumaczyłam mu tych oczywistości z obawy, że zakopie się w jeszcze większy dół (i, nie daj boże, coś sobie zrobi).
    Może więc to ja się Ciebie, Autorko i Was, Drodzy Komentujący, zapytam: potrząsnąć, czy nie? Jak sądzicie?

    • Sądzę, że to Twoja sprawa i zrobisz, co uważasz za stosowne. Gdyby to był mój brat, zapewne przed podjęciem jakichś zdecydowanych kroków skontaktowałabym się ze specjalistą od uzależnień, by wiedzieć, czego oczekiwać. Współczuję sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *