O tym, że warto siebie lubić

Obrazek ze strony: biblioklept. org. Kopirajty należą zapewne do twórcy Fistaszków.

Obrazek ze strony: biblioklept.org. Kopirajty należą zapewne do twórcy Fistaszków.

Warto.
Nawet gdy tak się akurat składa, że obiektywnie nie bardzo jest za co.

Mamy święta, nieprawdaż. Tym razem te jajeczne. Pozwólcie zatem, iż zaserwuję Wam dziś banał obły jak jajko.

Warto być swoim własnym przyjacielem. Jak rozumiem przyjaźń? Do przyjaciół naszych nie stosujemy tej samej bezwzględnej miary, co do reszty populacji. Jeśli nieznana mi bliżej Gryzelda Lewoskrętna z Bytomia wda się z relację z zamożnym hurtownikiem mrożonego drobiu, wyłudzi zeń hasła do spęczniałych forsą kont, następnie zaś udusi nieszczęśnika swem biustem obfitem w trakcie gry wstępnej – powiem „Well, to nie było zbyt mądre.”
Jeśli podobnego czynu dokonałaby E., spytam tylko, czy wybrała już hurtownikowi zaciszny skwerek. Oraz czy mam przynieść własny szpadel.

E. i ja znamy się od szesnastu lat. Jedyny istotny rozdźwięk w naszej relacji spowodował swego czasu mój pierwszy chłopak, który E. mocno nie lubił. Twarz tego jegomościa zaciera się w mojej pamięci. Relacja z E. kwitnie.
Wiem, że jeśli to mnie przyszedłby do głowy idiotyczny pomysł z hurtownikiem – E. również zapyta mnie tylko o szpadel. Po prostu wiem.

Tak właśnie powinniśmy siebie traktować. Że to trąci przerażającym narcyzmem i socjopatią grubego kalibru? No trąci. Rzetelnemu pojebusowi typu Jeffrey Dahmer nie zalecałabym autogłaskingu, tudzież wynajdywania dla swych potknięć okoliczności łagodzących. Rzecz w tym, że żadne z nas nie jest Jeffreyem Dahmerem.

Zaryzykuję tezę: większość z nas ma jakoś tam zamocowany kręgosłup moralny. Luźniej, ściślej (ja na ten przykład mam zdecydowanie luźniej. Ale jest.) Od młodego formatowani, by stać się wartościową składową społeczeństwa, co poniektórzy stają na rzęsach, by Nie Zawieść Innych. Tak bardzo chcemy, żeby wszyscy nas lubili.

Też kiedyś chciałam. A potem okazało się, że tak się nie da. Nawet jeśli z wysiłku wysram ten kręgosłup.

Ludzie miewają swoje uprzedzenia – zamontowane głębiej, niż byliby skłonni przyznać. Miewają latami tłumione kompleksy, dochodzące do głosu w najdziwaczniejszych formach. Miewają złe doświadczenia z osobami naszego pokroju (to jeszcze jestem w stanie zrozumieć.) Pasjami kochają podsumowywać i oceniać na podstawie wątłej ilości materiału. Miewają zastanawiająco częste, a prawie zawsze złudne przeświadczenie, iż potrafią przejrzeć bliźniego od jednego kopa. Nie spodobało im się to, co myślą, że zobaczyli – i dalejże demonstrować ów fakt.

Tymczasem serce człowieka jest tajemnicą. Trzeba lat – tak, lat – żeby zrozumieć, jak ono właściwie tyka.

Nie wiem jak Wy, ale ja zależnie od pory roku, pory dnia, okoliczności przyrody, wypitych jednostek alkoholu, kwestii, czy coś mnie akurat boli, czy raczej nic – reaguję na podobne sytuacje kompletnie odmiennie.
Miewam nastroje, przepływające niczym chmury. Taka moja uroda. Nie czuję się z tym jakoś szczególnie oryginalna.

Nie warto się przejmować cudzą wysmażoną naprędce opinią. Zrodzoną ze złudnej pychy. Ze złego humoru spowodowanego czymś zupełnie innym. Z pospolitego bólu brzucha wreszcie. Jak często czujecie ucisk w sercu, gdy ktoś przychodzi i mówi Wam coś niepochlebnego o Was samych?

Mnie się to właśnie przytrafiło. Sytuacja niczym ze szkolnej ławy. Przyszedł ktoś znajomy i powiedział: – Wiesz, nie powiem Ci kto, ale któryś z moich znajomych mi powiedział (czujecie tę konstrukcję w ogóle?…) że z Tobą się zupełnie nie da rozmawiać.

Z okazji 31 urodzin poczyniłam sobie założenie, że opinie przekazywane przez posły nie będą rozpatrywane. Nie jest mi łatwo, ale tego się trzymam.

Być może tego dnia akurat zupełnie nie dało się ze mną rozmawiać. Cokolwiek to znaczy. A może anonimowy wyraziciel opinii zwyczajnie miał podły dzień i bardzo potrzebował kogoś kopnąć. Padło na mnie.

A może rozdrażnił go (ją?) kształt moich cycków.

Lat temu dziesięć desperowałabym z tego powodu tygodniami. Tarzałabym się w poczuciu winy i klęski (tak się starałam, znowu nie wyszło) niczym surowy kotlet w panierce.

Dziś nadal nie jest mi najprzyjemniej. Lecz primo: staram się o wiele, wiele mniej. Secundo: do diabła rogatego, ja naprawdę nie muszę się wszystkim podobać. Nie po to żyję.

Kochani, takie rzeczy zdarzają się przez cały czas i zdarzać będą. Bądźmy w tego typu przykrych chwilach po swojej stronie. Bądźmy swoim najlepszym kumplem. Obejmijmy się mentalnie i powiedzmy: – Chrzanić to. Idziemy na piwo.

Bo jeśli nie my – to kto?

2 thoughts on “O tym, że warto siebie lubić

  1. Święte słowa. Tak święte, że za chwilę niektóre ustępy przepiszę sobie ręcznie do pamiętnika. Właśnie dziś o tym myślę – o samego siebie programowaniu – tyle że w innym kontekście, bo lęku. Z pewnością jednak kodowanie jest to samo, tylko komendy do wpisania inne.

  2. Racja – nie można zadowolić całego świata – to skończy się nerwicą i innymi przykrymi problemami 🙂 Trzeba umieć znaleźć dla siebie co najmniej tyle wyrozumiałości, ile mamy dla innych. A nawet więcej. Natomiast co do uwag na mój temat – owszem, bolą mnie. Niektóre ignoruję, ale część biorę pod uwagę. Jeżeli jakiś zarzut powtórzy mi więcej niż jedna osoba, to jednak się zastanowię, czy coś nie jest na rzeczy – pomimo lubienia siebie, nie jestem wszechwiedząca ani nieomylna, i może czasami trzeba sprawę przemyśleć. Co nie znaczy, że zamierzam spełniać każde cudze widzimisię. Bezwzględnie i zawsze biorę pod uwagę sugestie moich przyjaciół – jeżeli życzliwi mi ludzie upominają mnie, to wiem, że robią to dla mnie, nie po to, żeby mi dowalić, a po to, żeby pomóc. Wiem, że jesteś niewierząca, ale hm… no ja sobie powtarzam taki fragment Pisma, który mówi, że: „jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” – znaczy, żem nie byle kto 🙂 i to mi jakoś tak dobrze robi na samopoczucie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *