Nie będziesz walczył sam

seven samurai

Kikuchiyo, bohater „Siedmiu Samurajów” jest chodzącą przypowieścią o skutecznym przekroczeniu własnej kondycji. Kondycja człowiecza to w Japonii ówczesnej (a także w Japonii z epoki pana Kurosawy) wyrok boski, z którym się nie dyskutuje.

W Polsce czasów najnowszych to także jest wyrok. Jak się przyszło na świat w rodzinie tak zwanej patologicznej, to nie mierz dziecię zbyt wysoko. Nie przegrzewaj sobie główki. Najwyżej kioskarzem zostać możesz, albo magazynierem w Tesco. Nie, nie dlatego, żeś tępy. Ale inne dzieciaczki miały w domu rodzinnym zaciszny pokój, czyste biurko do nauki oraz Atmosferę. Gdy ty miałeś: przemoc, wulgarność i ciemną kulę strachu w wątpiach.

Miałam niecałe pięć lat, gdy mój stary włączył telewizor marki Unitra. Wiecie, taki z kineskopem, co tuż po wciśnięciu guziczka na pilśniowej obudowie (pilot to wtedy, moje dzieci, męski lotnik był) rozbłyskiwał widmowo.

Obraz ten wynalazek dawał fatalny. Co miało być czarne – owszem, było czarne. Co miało być białe, było zielone.

Ale wracając. Mój ojciec zrobił sobie herbaty, mocnej jak siekiera katorżnika. Był wtedy niewiele starszy niż ja teraz i nadal chudy jak struna w gitarze, na której z zamiłowaniem wycinał rozmaite Bachy i Haydny. Albo przeboje U2. Głos miał co się zowie kiepski. Matka wzdrygała się lekko za każdym razem, gdy zaczynał zawodzić „One”. Niemniej, nie powiedziała nic. Nie tak ją wychowano.

(Zabawny fakt: mój stary potrafił grać, a moja matka – śpiewać. Oboje byli – jak na amatorów – całkiem nieźli. Nigdy nie połączyli swoich sił. W tych mętnych wodach dryfuje leniwa metafora. Kto chętny, niechaj ją łowi.)

Ale wracając. W tamtych dniach jeszcze było mu widać kości przez skórę. Wciąż jeszcze miał wtedy twarz, nie rozjuszony pysk zwierzęcia. Pamiętam ją dobrze. Jak mogłabym nie? Łypie na mnie za każdym razem, gdy staję przed lustrem.

Miał minąć kolejny rok albo dwa, nim zacznie zalegać z piwem przed telewizorem. Emitującym abstrakcyjne strzelaniny bez początku ni końca. W czasach tak zamierzchłych, że zamglonych opatuliną mitu – filmy w tym domu wybierało się z namysłem.

– To nie jest film dla dzieci – zaoponowała moja matka (jak zawsze trwożliwa i czujna na wyrost. Myślałby kto, że powinna wyczuć to, co już było w powietrzu, skradało się za cienką bibułką horyzontu zdarzeń. Pozostała ślepa do samego końca, a nawet dłużej.)

Stary wzruszył ramionami. Gnietliśmy się w jednym pokoju. Troje ludzi, meblościanka i kot.  Nie było żadnej technicznej możliwości, by dziecię nie zobaczyło filmu, który w akompaniamencie złowróżbnych bębnów zaczynał się właśnie na wypukłym ekranie telewizora Unitra. A skoro pan domu przejawił życzenie obejrzeć „Siedmiu Samurajów”, to nie ma chuja we wsi. Ni takiej siły na niebie i ziemi, która by była zdolna go powstrzymać.

Wzruszył więc ramionami i orzekł: – Nic jej nie będzie. Niech ogląda.

Patrzyłam zafascynowana na czarno-białych ludzi z mieczami, którzy śmiesznie stawiali kroki i żywili się ryżem bez omasty. Ponoć dziecko poniżej szóstego roku życia ma problem z pojmowaniem zależności przyczynowo-skutkowych. Przeto nie ma co kondycjonować miękkiego jeszcze mózgu skomplikowaną fabułą. Mój móżdżek wystawiono na siny blask kineskopu wbrew logicznym założeniom. Wbrew pospolitemu rozsądkowi. Zagapiona, przyspawana do tego kawałka dywanu, na który klapłam dziecięcym tyłkiem, gdy seans się rozpoczął – wytrwałam tak aż do końca.

Mówią, że film ten jest bardzo długi.

Dobrzy czarno-biali ludzie byli przyjaciółmi, choć rzadko się do siebie uśmiechali. Biedni czarno-bali ludzie poprosili dobrych czarno-białych ludzi o pomoc. Jak się wkrótce miałam przekonać, pomoc ta polegała na wbijaniu mieczy, dobywanych zresztą z hipnotyzującą elegancją – w jeszcze innych, tym razem złych czarno-białych ludzi. Mieli oni konie, bardzo się rządzili i strasznie wrzeszczeli. Biedni też dużo wrzeszczeli. Tylko dobrzy – ci dobywający ostrzy – zachowywali dostojne milczenie. Ich słowa i gesty nacechowane były szorstką szlachetnością. Tyczyło to wszystkich oprócz Kikuchiyo.

Jak płomieniste oko na niebie nad Hiroshimą tych, co mieli okazję na nie patrzeć i przeżyć – tak ten film odmienił mnie. Na zawsze.

Nazwijcie rzecz skrzywieniem. Mutacją. Wychodzi się z niej ocalałym, ale zwichrowanym.

Choroba popromienna towarzyszyła mi długie lata. Pamiętam moment, gdy dziewczyny z roku jęły w ramach przełamywania towarzyskich lodów wymieniać się ulubionymi, wzruszającymi momentami z filmów.

– Ja to płakałam na „Czekoladzie”! – oznajmiła z emfazą jedna z nich.

Nigdy nie widziałam „Czekolady”. Odparłam koleżance: – Ja to wtedy, gdy zabili Kikuchiyo.

Niekomfortowa cisza. Oczy zwrócone na wydziałową dziwaczkę.

– Kto to jest Kikuchiyo?…

Jak można kurwa pytać, kto to jest Kikuchiyo? Nie zaprzyjaźniłam się z żadną z tych dziewcząt.

Kikuchiyo jest nadzieją. Dla takich, jak ja i Ty, mój bracie, urodzony za późno, by doświadczyć komfortu spoglądania w twarz a nie w pysk.

Kikuchiyo jest przypowieścią o skutecznym przekroczeniu własnej kondycji. Kondycja człowiecza to w Japonii czasów „Siedmiu Samurajów” (a także w Japonii czasów pana Kurosawy) wyrok boski, z którym się nie dyskutuje.

W Polsce czasów najnowszych to także jest wyrok. Jak się przyszło na świat w rodzinie tak zwanej patologicznej, to nie mierz dziecię zbyt wysoko. Nie przegrzewaj sobie główki. Najwyżej kioskarzem zostać możesz, albo magazynierem w Tesco. Nie, nie dlatego, żeś tępy. Ale inne dzieciaczki miały w domu rodzinnym zaciszny pokój, czyste biurko do nauki oraz Atmosferę. Gdy ty miałeś: przemoc, wulgarność i ciemną kulę strachu w wątpiach.

Kikuchiyo!

Piękny fizyczną witalnością młodego Mifune, hałaśliwy i niezborny, uparty i rozczulający. Jednoosobowo obrócił tysiące lat niekwestionowanego ładu społecznego w pył. Powstańcie, których dręczy głód. Zajumajcie zbyt długą, ceremonialną katanę z grobowca kogoś, komu za życia lepiej od was się wiodło, a i teraz już raczej nie będzie jej potrzebował.

Nie dbajcie o drwiny i pobłażliwe spojrzenia tych, co wyciągnęli w loterii życia długą słomkę. Oni godność noszą jak parę wytartych sandałów. Wy swojej musicie się dopiero skutecznie dosłużyć. I na Amaterasu*! Zrobicie to.

Być może wasza droga do godności prowadzić będzie przez ulewny deszcz i szlam po kolana. Prawie na pewno będzie. Może nie dożyjecie koronnej chwili własnej chwały, kto wie. Oprócz pięknych oczów dostaliście w spadku po ojcu chorobę, która za PRL chyba nie miała nawet oficjalnej nazwy. Cienki okruch szkła wbity w centralny system dowodzenia. Wieczna szarpanina między nieuzasadnioną euforią, a równie bezpodstawną rozpaczą.**

Traci się w tej chorobie biurową pracę na etacie. Powierzchowne znajomości. Czasem bywa tak, że traci się umiejętność funkcjonowania w dzień, zaś spania w nocy.

Zyskuje – opinię osoby zdolnej, acz irytująco nieodpowiedzialnej. Umiejętność cieszenia się jak dziecko, na tysiąc procent, do upadłego. Umiejętność rozpaczania jak dziecko, za każdym razem. Niepowtarzalny wgląd w to, jak definiujemy słowo „sukces.” Przyjaciół na dobre i złe. Oraz okazję do walki.

Ten, kto mi pokazał „Siedmiu Samurajów” walczyć nawet nie próbował. Złożył broń bardzo wcześnie i skupił się na unieszczęśliwianiu wszystkich dookoła.

Nie będziemy tacy jak on, bracie. Łap za katanę. Mniejsza z tym, że kradziona. Wkrótce przyrośnie Ci do ręki, jak i mnie przyrosła.

Samuraj ma na własność tylko swój miecz i spryt, pamiętaj o tym. Z tym honorem to już różnie bywa.

Ale nie będziesz walczył sam.

Niech mnie diabli, nie będziesz walczył sam.

Od prawej do lewej: Kambei (przywódca oraz instygator całego przedsięwzięcia, taki Nick Fury), Gorobei (jego dawny towarzysz z czasów wojny, odpowiedzialny  i miły facet), Kyuzo (flegmatyczny mistrz miecza, bez niego nie byłoby niezliczonych postaci westernowych), Shichiroji (zaczepiście szyje z łuku),  Kikuchiyo oraz Katsushiro, młody szczaw, którego poderwie córka rolnika.) Heichachi nie jest obecny w kadrze, ponieważ poległ pierwszy.

Od prawej do lewej: Kambei (przywódca oraz instygator całego przedsięwzięcia, taki Nick Fury), Gorobei (odświeżająco pogodny facet, zaczepiście szyje z łuku), Kyuzo (flegmatyczny mistrz miecza, bez niego nie byłoby niezliczonych postaci westernowych), Shichiroji (dawny podkomendny Kambeia z czasów wojny, zajmuje się sposobieniem wieśniaków do walki), Kikuchiyo oraz Katsushiro (idealistyczny młody szczaw, którego poderwie córka rolnika.) Heihachi nie jest obecny w kadrze, ponieważ poległ.

* bogini taka. W Japonii znaczna persona.

** Jak myślicie, czy Kikuchiyo też cierpiał na zaburzenia nastroju?

13 thoughts on “Nie będziesz walczył sam

  1. Jeden z moich ukochanych filmów! 🙂 I też oglądałam go wspólnie z ojcem. Miałam wtedy jakieś 14, 15 lat i fazę na odkrywanie klasyki kina. Później obejrzeliśmy wspólnie jeszcze „Siedmiu wspaniałych” i jednogłośnie stwierdziliśmy, że japońska wersja jest lepsza. Cudny jest także Makbet w wersji Kurosawy.

  2. Świetny literacko tekst, chyba najlepszy na tym blogu. „Chudy jak struna od gitary, na której…” dzwoniło mi w głowie jeszcze kilka dni po przeczytaniu.

  3. A ja cały czas myślę o tej dziewuszce ze studiów. Tej, co płakała na „Czekoladzie”, samurajów nie znała, nie widziała, nie żałowała. Może to gupia gięś była. A może – zwyczajnie – nie było okazji wcześniej: była teraz. Zawlec ją ci do Iluzjonu (tam grywali), zmoleścić zaprzyjaźnionego ściągacza filmów, opowiedzieć co i jak.
    Może by i bąknęła, że ona to lubi takie prawdziwe filmy, o życiu i miłości, takie jak Titanic. A może by coś w duszyczce drgnęło?

    • Ija Ijewna, może. Dwudziestoletni Wum oceniał ludzi szybko i raczej tej oceny już nie weryfikował. Ciach lancetem i w tył zwrot. 🙂

  4. Ja to oglądałą w jakimś dawnym tefaupowskim cyklu o Kurosawie i podobnie jak w życiu realnym nie zapamiętałom imion bohaterów (w serialu zapamiętuję po czwartym sezonie i to tylko jak znajome gadają sporo na temat, w życiu po pół roku pracy w jednym miejscu ale i tak sprawdzam w outlooku na wszelki suczaj), więc zapytam jak ostatnie warzywo pastewne, mówimy o tym gościu z podrobionym dokumentem? Też go lubiłom, tak po prostu, jak na komucha przystało.

      • Jestem. Wtedy nie byłom. Imiona bohaterów anime zapamiętuję jakoś lepiej, chyba że autor / reżyser jest „kreatywny”. Ja po prostu rzadko oglądam film więcej niż raz, z reguły dalsze razy pod przymusem, przez co ogólnie źle pamiętam imiona bohaterów, bez względu na strefę kulturową (a imiona aktorów nie interesują mnie na ogół w ogóle, co wywołuje ataki czarnej rozpaczy u przyjaciółki, będącej dla odmiany organicznym wcieleniem bazy danych iMDb).

        Teraz odświeżam sobie przeboje z dawnych lat, więc może i po te sięgnę…

        • Kreatywność scenarzystów animów regularnie rozkłada mnie na łopatki. Żelazna zasadą jest, jak się zdaje, by główny bohater nosił miano, którego żaden Japończyk nie wypowie poprawnie, choćby pękł. (na ciebie patrzę, Lelouchu de Lamperouge.)

          • Tego to mało kto potrafi wypowiedzieć prawidłowo. W ogóle zęby mnie bolą za każdym razem jak Japończycy w filmach próbują mówić w innych językach (najbardziej w angielskim bo kaleczą go gorzej ode mnie)

            A kreatywność to raczej miałom na myśli „imiona tak idiotyczne że mózg je sam wypiera”, nie podam dokładnych przykładów, bo… wyparłom. Najbliższe to chyba były w „Scrapped Princess”, gdzie imiona bądź nazwiska wszystkiego co popadło, łącznie z koniem były nazwami pistoletów maszynowych.

Pozostaw odpowiedź Agnieszka H. Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *