Moja dziewczyna jest gruba i co teraz?

To jest Hilda, najsłynniejsza gruba pin-up girl. Zrobię kiedyś całego posta tylko o niej, obiecuję.

Jak ja mam jej powiedzieć, żeby dla mnie schudła?
Nie chudnie się „dla kogoś.” Trwała zmiana masy ciała jest przedsięwzięciem tak angażującym i skomplikowanym, że ma szansę powieść się tylko i wyłącznie wtedy, gdy motywacja pochodzi z wnętrza. Partner, który daje nam do zrozumienia, że nasz wygląd mu przeszkadza, razi go albo brzydzi – to nie jest żadna motywacja. Rzekłabym, iż wręcz przeciwnie.

Wiecie, internety mają to do siebie, iż uczą człowieka. O człowieku. Piętnaście minut spędzonych na fejsbuku da ci więcej informacji o naturze ludzkiej, niźli cały semestr filozofii.* Fejsik jest moim podstawowym narzędziem kontaktu z bliźnim (z domu wychodzę rzadko, za stara się zrobiłam na kwitnięcie po autobusach, a potem wystawanie w jakimś tłoku tylko po to, żeby „tam być”) a zatem także naczelnym źródłem odkryć, wzruszeń i zdziwień w tej dziedzinie. Tylu pasjonujących rzeczy się tam dowiedziałam o przymiotach właściwych mej płci.
To teraz wam streszczę.
Jak Wszyscy Wiedzą, kobieta nie powinna zajmować za wiele miejsca. Ani w autobusie, ani w dyskursie publicznym, ani w ogóle nigdzie. To nie przystoi i tylko wszystkich irytuje. Kobieta nie powinna mieć tych, no, poglądów, bo one tylko wszystko utrudniają, te poglądy. Czy osobie z poglądami da się wsadzić na suchego w dupkę, jak nas zeprze? No właśnie.
Nie powinna też mieć za dużo makijażu – to jest WPROWADZANIE NABYWCY W BŁĄD i za to się powinno kogoś, jakoś, gdzieś pozywać, mówię wam. Skandal. Ale za dużo pryszczy też nie. Pryszcze są fujne. Jak ma coś nie tak z facjatą, to niech w domu siedzi.

Ma być miła, nie za mądra (żebyśmy się przy niej kiepsko nie poczuli z naszym ascetycznym wyposażem intelektualnym) uległa (czyt. ma lubić w dupkę) i chuda.

Przede wszystkim, nade wszystko chuda.
Wspomnieliśmy już o tym miejscu, co ma go za dużo nie zajmować, tak? No więc ma go nie zajmować DOSŁOWNIE.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli: chuda to nie znaczy po chłopięcemu kanciasta. Po prostu niech sobie ten cały tłuszcz, co go je (no, zaraz je, cośtam sobie skubie, przecież dziewczyny, he, he, nie jedzą. Sałatki jakieś, to się nie liczy) weźmie i skumuluje w cyckach oraz w tyłku. Areał pomiędzy cyckami a tyłkiem musi pozostać płaski i beztłuszczowy.
Że co, że jak ona niby ma to osiągnąć? A bo to nasz problem?

Poważnie, może być nawet brzydka. Tylko żeby gruba nie była. Gruba to naj-naj-najgorsze co może być, powiadam wam, koledzy na dzielni nas wyśmieją, że takiego paszteta pukamy, wstyd i sromota oraz bezcenne punkty męskości spadną nam na ryj z trzaskiem. A jak już tak się stało, ze wylądowaliśmy na końcu kolejki, której czoło okupili samcy alfa, rozdrapali zacny towar i dla nas zostały resztki, jak już ona jest choć trochę gruba…to niech weźmie i się odchudzi. Kocha nas w końcu, zależy jej, co nie?

Chciałabym móc powiedzieć, że snuję tu dla was jakąś narrację z mchu, paproci oraz spalonych damskich staników (Wszyscy Wiedzą, że te feministki to nic, tylko staniki palą, szalone.)
Niestety. Powyższy akapit jest kompilacją niezliczonych wypowiedzi na temat kobiet, jakie prawdziwi, istniejący obywatele płci męskiej zaprezentowali w ostatnim roku na fejsie. W publicznych dyskusjach. Częstokroć podpisując się imieniem, nazwiskiem oraz pieczętując mentalnego kloca, którego postawili komuś na wallu – własną gębą. Muszą być z siebie bardzo dumni.

Na początku mnie to szokowało – nie zwykłam zadawać się z troglodytami spod budki pt. „Alkohole 24h.” Potem przyszła trzeźwa konstatacja, że nie trzeba wcale być troglodytą ni przysłowiowym fanem Korwina, by bez wstydu słać w świat podobne komunikaty. Przed mentalnym sklocowieniem nie chroni ani wiek poważny, ni wyśmienity intelekt, ani nawet fakultet.

Narracja „jezujezu, wszystko tylko nie gruba” nie zawsze przybiera tak, hm, podwórzowe formy. Bywa, że pojawia się w trybie stealth.

Popatrzcie, co znalazłam:

Screen pochodzi ze strony Humans Of New York, którą uwielbiam i którą każdemu polecam. Autor zdjęć od lat krąży po świecie (bo już nawet nie po tytułowym Nowym Jorku) i zadaje obcym ludziom – których uwiecznia – osobiste pytania. A oni odpowiadają albo nie.

Dyskretne, co. Autor/ka wypowiedzi (trudno stwierdzić płeć mówiącego) czuje się ze sobą źle, kiepsko, że wszystko tak pięknie, a drobiażdżek w postaci wagi ciała wybranki jednak uwiera. Musi mocno uwierać, skoro wybierają się na terapię dla par. Rzekłabym, że coś tam jest mocno nie halo i sytuacja dojrzała do Rozwiązań.

Dygresja o mnie. Jestem gruba. Nie zawsze byłam, choć praktycznie od osiemnastego roku życia tak mi się ze sobą kazano czuć (post autobiograficzny będzie innym razem.) Do dwudziestego piątego roku życia nosiłam rozmiar 40, który w wielu sieciówkach jest ostatnim dostępnym. Potem poszło z górki; obecnie noszę rozmiar 46/48. Który w tzw. normalnych sklepach nie jest dostępny w ogóle Bywają jakieś jutrzenki zmiany, cieszę się każdą, ale ja już dawno nauczyłam się ubierać w ciuchlandach. Regularnie nabywam tam pasującą na mnie odzież tych samych marek, których salony miały mi do zaoferowania wielkie nic.
Gruba, tak. Okrągła, pulchna, fałdzista. Trzęsę się, gdy podbiegam. Faluję nawet gdy chodzę. Jak to ujął jeden mój dobry kolega z opcją łóżkową, radośnie ujmując w garść mój obfity brzuch „ciebie jest tyyyle żeby dotykać, żeby się cieszyć!” Jest mnie tyyyle. Na brak zainteresowania płci przeciwnej (tylko ta mnie nęci) często tu narzekam, ale gdyby wezwać jakiegoś statystyka, pewnie okazałoby się, iż per saldo jestem Boginią Rozpusty.
Prawdę rzekłwszy, moja chroniczna depresja (i brak chęci by wyjść Gdziekolwiek) izolują mnie od możliwych podbojów znacznie skuteczniej, niż kiedykolwiek robiła to moja waga.

To teraz do rzeczy. Mam tu pod ręką odpowiedź na pytanie, zadane przez zmartwioną osobę na zdjęciu: „Jak ja mam jej powiedzieć, żeby dla mnie schudła?”

Droga osobo. Drodzy czytający to, którzy też porają się z podobnym dylematem.

Nie mówcie jej, żeby dla was schudła. Ani tonem poważnym, ani przykrywając to żarcikami, ani mini-wykładem o ZDROWIU, ani w ogóle. Nie chudnie się „dla kogoś.” Trwała zmiana masy ciała jest przedsięwzięciem tak angażującym i skomplikowanym, że ma szansę powieść się tylko i wyłącznie wtedy, gdy motywacja pochodzi z wnętrza. Partner, który daje nam do zrozumienia, że nasz wygląd mu przeszkadza, razi go albo brzydzi – to nie jest żadna motywacja. Rzekłabym, iż wręcz przeciwnie. Może z tego wyniknąć wiele rzeczy, np. ona przestanie was aż tak bardzo kochać, a potem w ogóle. Wasz związek przekształci się w syndrom sztokholmski (to zdarzyło się mnie; post autobiograficzny innym razem.) Może być tak, że z rozpaczy zacznie jeść jeszcze więcej; żarcie głaszcze w mózgu właśnie te zakątki, którym do funkcjonowania potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa i akceptacji. Których jej nie dajecie.

Jesteście miłośnikami szczupłych i nic na to nie poradzicie? Podniecają was wyłącznie długie, cienkie nogi bez zaznaczonej części udowej? Podrygująca rytmicznie fałdka nad biodrem nieznanej wam damy w tramwaju wywołuje mdłości? Każdy biust, który nie jest maleńkim, jędrnym, sterczącym lolicim biustem powoduje u was tzw. wzwód do środka?

Na to wszystko jest jedna rada. Natychmiast zerwijcie ze swoją partnerką oraz znajdźcie inną, która wygląda właśnie tak, jak waszym zdaniem kobieta wyglądać powinna. Zostawcie grube dziewczyny w spokoju. Trzymajcie się od nich z daleka. One i bez waszego kwękania mają w życiu okrutnie pod górkę. Uwalniając je od siebie, dajecie im szansę na spotkanie kogoś, który zachwyci się nimi tak, jak na to zasługują. Nimi – a nie jakimś ich przyszłym, fikcyjnym obrazem, wytworzonym w waszej głowie.

Ale przede wszystkim, nade wszystko – pocałujcie się w dupę.

Napisałabym „pocałujcie MNIE w dupę”, ale nie chcę, żeby mnie jakieś tłuszczofoby dotykały.

P.S: Przewiduję tu najazd mentalnych kloców, zatem poprosiłam właściciela domeny, żeby przesiał dla mnie wszystkie pojawiające się pod tym postem komcie. Jeśli jesteś klocem, nie fatyguj się mnie obrażać. Ja tego nawet nie przeczytam. 😀

* A nawet dwa semestry.

35 thoughts on “Moja dziewczyna jest gruba i co teraz?

  1. Może zabrzmi to brutalnie, ale moje pierwsze skojarzenie to, że jesteś szczupłą nimfą, która mieści się w te maleństwa w rozmiarze 46 😉 W C&A noszę 50 / 52, w M&S 24, a w małych polskich firmach nawet 56 / 58. I pamiętam, że w okolicach 46/48 było mi znacznie łatwiej znaleźć ubrania – było więcej sklepów stacjonarnych, a w środku było więcej ciuchów pasujących na mnie.
    Tak samo z fajną bielizną – rozmiar 90H naprawdę nie jest często spotykany w realnych sklepach.

    Więc się nie stresuj swoją grubością.

  2. Statystycznie powinnam być wobec tego Perfekcyjnym Mięsem Do Ruchania – wzrost, waga i sylwetka 13-latki, a wszyscy wiedzą, że to idealny wiek dla kobiety, bo i chude, i malutkie. I nawet tych nastoletnich pryszczy już nie ma. A tu nikt nie znajduje atrakcyjną, nawet zupełnie abstrahując od moich preferencji, bo naprawdę nikt nigdy czegoś tak szalonego mi nie zasugerował.
    Także obawiam się, że chudość nie jest zawsze gwarantem bycia ładnym. Bo naprawdę można być jeszcze brzydkim i spierdolonym, a to już gorzej.

    • Wzrost i waga 13’tolatki u dorosłej kobiety są odrobinę… no wprowadzają mnie w lekką konsternację. Będąc sporym facetem czuję się bardzo niezgrabnie.

      Ale świat jest pełen pozytwnie popierdolonych ludzi, tylko zwykle nieco się z tym kryją ;).

  3. Z twoim tekstem nie mogę się zgodzić i wyjaśniam czemu:
    1. Owszem, istnieją buce, które pod płaszczykiem troski o zdrowie próbują nakłonić kobietę do wyglądania, jak oni chcą, ale nie oszukujmy się – nadwaga i otyłość nie jest korzystna dla zdrowia, myślę, że nie muszę tłumaczyć dlaczego, można to wszędzie przeczytać (sama zdaje się wspominałaś, że badania wykazały u Ciebie ryzyko cukrzycy). Ale – uwaga – jeśli chłopak mówi KULTURALNIE swojej dziewczynie o zdrowiu, może to oznaczać… zwykłą troskę o jej zdrowie (a w dobry związek wpisuje się dbałość o zdrowie i samopoczucie drugiej połówki, a nie tylko o swoje). To źle? Tak samo, jeśli napomykasz palącemu znajomemu/znajomej o raku płuc , nie musi to oznaczać koniecznie, że robisz to, by egoistycznie uniknąć wdychania tytoniowego smrodku. Tylko się martwisz. Nie każde wyrażenie zdania przez mężczyznę musi oznaczać próbę dominacji i poniżenia kobiety.
    2. Fejsik niestety nie jest lepszy od semestru filozofii. Z mojego doświadczenia wynika, że jednostki inteligentniejsze i o otwartym umyśle unikają obfitego spamowania sobą na fejsbuku (od chwalenia się bywaniem po głupawe dyskusje o tym, jaka powinna być kobieta). Stąd pewnie rozliczne fejsbukowe dyskusje idiotów o ideale uległej (i kościstej) kobietki. Jak dla mnie czerpanie wiedzy o poglądach mężczyzn na temat kobiet z fejsa jest tym samym, co czerpanie wiedzy z demotywatorów, które też obrosły w kretynów i niedojrzałych, sfrustrowanych chłopaczków. Z tego, co zaobserwowałam, ogarnięty mężczyzna raczej cieszy się z towarzystwa inteligentnej kobiety, z którą jest o czym porozmawiać. I nie zwiewa na dźwięk słowa feminizm (mój prawicowy kolega podsyłał mi materiały o feminizmie. Nic niezwykłego, po prostu miał otwarty umysł).
    3. Skąd przekonanie o tym, że chude kobiety mają takie rwanie?! Zawsze byłam przekonana, że mężczyźni najbardziej lecą na kształtne kobiety w przeciętnym rozmiarze (bo ja wiem, jakieś 38/40). Chude wcale nie mają aż tak różowo, sama jestem chuda, nie mam jakiegoś nieprawdopodobnego powodzenia, ale za to nasłuchałam się „facet na kości nie leci, musi mieć za co złapać, wow, ty jesz, czemu ty tyle jesz i nie tyjesz”. Cóż, buce i zawistnicy/e zawsze byli i będą, nieważne, czy masz rozmiar XS czy XXXL.
    P.S. „Mentalne kloce”… Jestem ciekawa, kogo masz na myśli. Chamów, wyrażających się o grubych kobietach per „spasła świnia” (co jest chamskie i podłe) czy po prostu krytykę wszelaką?

    • 1. Moje zdrowie jest moją osobistą sprawą. Tylko moją i wszystkim innym wara od niego. Ludzi, którzy zasłaniali się niepokojem o nie, a tak naprawdę chcieli po prostu skutecznie wbić szpilę grubej krowie – spotkałam w sieci legion. Nie nabiorę się więcej na hasełka o zdrowiu. Z mojego doświadczenia wynika, iż padają one tam, gdzie prawdziwą motywacją jest zawiść („ona siebie akceptuje i nie musi nawet w tym celu zapierdalać na crossfit, jak śmie!”) Parę miesięcy temu pojawił mi się na wallu pan, który wyznał wprost, iż jest gruby, czuje się ze sobą paskudnie – i w związku z tym ja też powinnam tak się ze sobą czuć. Takiego wała, że tak rzeknę ozdobnie.

      A propos troski w związku. Drugi człowiek to nie jest nasze poletko do ulepszeń, choćby i motywowanych dobrymi intencjami. On już jakiś czas po tym świecie chodzi i ukształtował się w konkretny sposób. Wiążąc się z kimś, bierzemy go takim, jakim jest. Zakładanie, że ktoś się dla nas zmieni to dowód niedojrzałości, egocentryzmu oraz fatalna wróżba dla tej relacji.
      Nikt nie schudnie (ani nie rzuci palenia, nie pozbędzie się swojego stada kotów, nie przestanie np. uprawiać wspinaczki wysokogórskiej) tylko dlatego, że bliska osoba sobie tego życzy. To po prostu tak nie działa. Jeśli nie mogę w kimś znieść jakiejś konkretnej cechy czy przywary, skoro wiem, że nigdy się z nią nie pogodzę – to nie pakuję się z nim z wiązek.

      2. Możemy się długo przerzucać anecdatami. Moje doświadczenia są inne.

      3. Z kilkuletniego okresu, podczas którego aktywnie zajmowałam się randkowaniem w internecie oraz z danych zebranych z otoczenia. Znam tylko jedną, jedyną parę, w której kobieta nie jest drobnokościstym przecinkiem.

      Powiem tak: kto poczuwa się do tego kloca, ten zapewne nim jest. 😀

    • „Tak samo, jeśli napomykasz palącemu znajomemu/znajomej o raku płuc ” Bo palący wcale, ale to wcale nie wiedzą o zwiększonym ryzyku zachorowania na raka płuc. W ogóle.
      Nina napisała jasno, że nie chudnie się dla kogoś. I tak samo z papierosami. To jakieś odkrywcze stwierdzenie czy co? Napiszę ogólnie: nawyki zmienia się dla siebie, broń boziu dla kogoś. Koniec, kropka. Z bardzo prostej przyczyny – motywacja wewnętrzna w takich sytuacjach jest kluczowa.

      • Dokładnie! Kiedy jeszcze paliłam, nic mnie bardziej nie irytowało, niż kolesie mówiący, że mam przestać. Byłam związana z facetem, który cały czas gadał, że śmierdzę, że „liże popielniczkę”. Dopiero kiedy mu wyjaśniłam dość dobitnie, że może sobie iść w pizdu lizać kogoś innego, bo przymusu lizania mnie nie ma, zamknął się. Palenie rzuciłam kilka lat później, gdy sama tego chciałam. I naprawdę męczy mnie to pierdolenie o zdrowiu osób, które nie są wychudzone- naprawdę to, że ktoś jest chudy nie oznacza, że jest zdrowy, i odwrotnie. To nie ma nic do rzeczy! Jest mnóstwo szczupłych osób, które w środku są „skinny fat” i mają np. cukrzycę, bo źle jedzą. Kiedy ja z koszmarnego i przewlekłego stresu wychudłam tak, że miałam anemię, z którą walczę do dziś, jedyne co słyszałam, to komplementy, i tabuny kobiet pytały, jaki jest mój SEKRET. Nikt się wówczas nie martwił o moje zdrowie. To jest obrzydliwa hipokryzja, głównie tych osób, którym przeszkadza, że ktoś, w przeciwieństwie do nich, dobrze się czuje sam ze sobą.

  4. Dziwię się, że przejmujesz się pierdami jakiś tępaków z fejsa, którzy nigdy w życiu nie zaruchali porządnie, a „w dupkę” to widzieli tylko na ekranie. Z przed kompa zad ruszają tylko do kibla i lodówki, a na fejsie rozsiewają opowieści leśne macho z koziej wólki. Marzenia ściętej swojej głowy mają o jakiejkolwiek lasce, która by z nimi chciała. A jak sobie poużywają na płci przeciwnej, to kończą z rączką na swoim korniszonku, jak go znajdą pod brzuszyskiem.

      • Mój komentarz był w tonie pocieszającym, a nie zaczepnym, więc reakcja nieadekwatna…
        Randkowanie w necie może przyprawić o zniechęcenie, niestety nie jest to komedia romantyczna o pięknym i bogatym nieznajomym. Marne szanse, znam to z autopsji. Zdrowiej dla psychiki nie mieć złudzeń.

        • Dla mnie to nie zabrzmiało pocieszająco. Raczej jak „co za wydumany problem.” Oraz: mówienie ludziom, co mają czuć, a czego mają nie czuć w danej sprawie oraz jaka reakcja jest „adekwatna” raczej nie spotyka się z entuzjazmem.

          • Dozwolone jest jak widać tylko „jesteś cudowna, piękna, zgadzam się w 100% z tekstem”, wszystko inne to atak. A przecież nieprzejmowanie się zjebami to sensowna rada. Na czytaniu takich bzdur tracisz tylko Ty, frustrując się. I po co? Z tego co widzę, na blogu starasz się zbudować wizerunek siebie jako wyzwolonej, pewnej siebie kobiety, akceptującej swoje ciało, ale jakoś kłóci się z tym przejmowanie się wpisami na fejsbuku i traktowanie każdego krytycznego komentarza jako ataku.

    • Jessu co to za uszkodzenie moja mama tez tak robi.

      – Mam ten problem, boli mnie to i afektuje.
      – A ja tego problemu nie mam, jestem zajebiiistszaaaaa, lepsza od Ciebie i silniejsza.

      Wtf?
      Nie mowi sie przeciez:

      – Dom mi spalilo, dzieci zabilo, martwie sie i cierpie.
      – A u mnie jest zajesuper, jestem w o wiele lepszej sytuacji (i tak polecam).

      Podobnie jak rad:
      Nie przejmuj sie.
      Nie stresuj sie.
      Nie boj sie.
      … ktore maja stanowic jednoczesnie kompletne instrukcje.

      Nie kapie. Brak znajomosci podstaw ludzkiej fizjologii, kwestia pokoleniowa, wojna o status?

  5. Bardzo poproszę o wpis o Hildzie. Wstyd się przyznać ale nie znałam jej wcześniej i jestem urzeczona. Szukając jakiś informacji na jej temat, znalazłam dość krzepiący komentarz:
    „ ztwardy – Superbojownik | 8 miesięcy i 11 dni temu | link
    @monikaaaz bo to jest pin up dla 40-latków, dla mnie spoko, lepsze to niż przechodzony 20 letni plastik z wyrazem twarzy nieskalanym myślą. Zresztą sporo fajnych kobitek, które spotkałem w życiu, tak wyglądało.”
    Odbieram to jako światełko w tunelu 🙂

    • Wiesz, chciałabym takiego świata, takiej przestrzeni wymiany gustów i poglądów, w której nie trzeba koniecznie dzielić kobiet na „przechodzone plastiki” i „pin up dla dojrzałych.” Ani też na „opasłe krowy” i „smukłe boginie.” Marzy mi się, żeby każdy rozmiar, każdy kształt był tylko tym, czym w istocie jest – preferencją. Bez idącego za tym wartościowania.

  6. Nino, chyba trafiłaś na totalnych bałwanów i klocki internetowe.

    Faceci, których znam, raczej nie lecą na chude, tylko takie w przedziale wymiaru 36-42. Ale mój serdeczny przyjaciel, sam nieco pękaty, ma żonę znacznie poza tym rozmiarem (w górę) i uważa ją za uroczą, pełną wdzięku koteczkę. Mój bliski kolega ma żonę-Horpynę, sam będąc facecikiem jak przecinek. Własny rodzony mąż ma ślepą plamkę na moje nogi (resztę mam całkiem boską, nogi jak u krasnoludki: blisko ziemi, mocne jak u bawołu i kudłate). Może to kwestia ludzi, z którymi się zadaję i przeostrej cenzury, ale jako żywo żaden z facetów, których nazywam kolegami i przyjaciółmi, nie puściłby myśli smrodliwej o uległej gąsce, bo bym śmiechem zabiła.

    Co do fałszywości troski – i tak, i nie. Tak, obcym ludziom Twoje zdrowie dynda luźnym kalafiorem i troską maskują chęć przypitusiania się. Zwracanie Ci uwagi, że masz coś ze sobą zrobić (o ile nie robisz komuś krzywdy typu dmuchanie dymem papierosowym w nos), jest bucerą i chamstwem.
    I trochę jednak nie. Bo jeśli ojciec i dziadek i drugi dziadek mojego męża wszyscy wyhodowali solidne ciąże spożywcze, które na spółkę z jedzeniem węglowodana w tłuszczu rozpier…iły im: serca, wątroby i żołądki, i z całej tej ekipy żyje już tylko jeden z nich (po bypassach, ledwo żywy, nieszczęśliwy), a ja u człowieka, którego kocham, widzę (mimo jedzenia nieporównanie mądrzej i ruszania się) zaczątki tejże ciąży spożywczej… To nie, nie liczę na to, że schudnie dla mnie. Ale będę się martwić, że jest na początku tej samej drogi. Ja go lubię. Chcę z nim być jeszcze te kilkadziesiąt lat. Pomogę mu, wesprę, nie będę jechać, że fuj i paszkustwo, ale nie uznam, że to tylko jego sprawa. Jesteśmy w tym razem. I tak, decyzja będzie i tak należeć tylko do niego. Ja go nie schudnę. On to zrobi, albo nie. (I dalej go kocham i uważam, że jest piekielnie atrakcyjny. Ale się martwię.)
    Howgh.

  7. Ja po dekadzie intensywnego randkowania mam podobne spostrzeżenia do Niny. Mężczyźni, a dokładniej moi rówieśnicy (rocznik 84) i Ci młodsi lubią chude. Nie średnie, nie szczupłe, ale chude- czytaj rozmiar poniżej 36. Rozmiar noszę 38 (od pasa w górę) i 40 od (od pasa w dół- figura gruszki). Figurę mam ok- biust jest, talia też, ale uda i biodra dość szerokie. Powodzenia nigdy specjalnie nie miałam z wyjątkiem okresu, kiedy w czasie ciężkiej depresji po rozstaniu z facetem schudłam 12 kg. Wypadła mi połowa włosów, biust zanikł, ale urodzaj na chłopa był. Od znajomego usłyszałam, że „służy mi to rozstanie”- akurat w czasie, kiedy w wyniku stresu i gwałtownej utraty wagi zatrzymał mi się okres. I nie wydaje mi się, żeby ów znajomy był jednostkowym przypadkiem, to raczej trend- chudość stała się synonimem atrakcyjności dla mojego i tego młodszego pokolenia. Mój o 2 lata młodszy brat (dokorant w PANie, raczej nie mam go za klocka internetowego) nie umówi się ze swoją koleżanką, którą lubi i z którą dzieli zainteresowania i poczucie humoru, bo jego zdaniem ma ona ” z 10 kg nawagi jak nic” (dziewczyna na oko rozmiar 40). I koniec kropka. Brak poczucia humoru, zainteresowań, empatii, ciętej riposty, własnego zdania, wyższych czynności mózgowych, biustu i włosów można przeboleć, byle dziewczyna była filigranowa. 10 kg za dużo skreśla kobietę z miejsca. I można problem bagatelizować, wyśmiewać gimbazę, bałwany i klocki internetowe. Ale może czas spojrzeć prawdzie w oczy, że rośnie pokolenie, które Monikę Belucci ma za grubasa (opinia kolegi brata).

    • Cóż. Spotkałam w życiu kilku(nastu) dzielnych wojowników, którym na widok fałdek na plecach czy miękkiej oponki na brzuchu toporek nie pokrywa się rdzą w pochwie. (Hi, hi.) Podejrzewam, że jeszcze paru w życiu spotkam. Ty na pewno też. A najzawziętszym miłośnikom osteologii, co posyłaliby koleżankę na dietę – serdecznie życzę, by im się utyło. A porządnie. Nic tak nie otwiera pewnych klapek jak to właśnie.

    • Czyli myślisz, że to kwestia pokoleniowa? Aj. Bo fakt, piszę o ludziach urodzonych w latach 1974 – 1980 i sama z tego przedziału pochodzę. Może mam przeterminowane dane?
      Aaaa… A ja tutaj w ludzi wierzyłam…

    • Mnie się wydaje, że w samych preferencjach nie ma nic złego- można lubić chude, można lubić okrągłe, można lubić wysokich blondynów. Problem zaczyna się, kiedy podchodzisz do niskiego bruneta i mówisz mu, że coś jest z nim nie tak. Albo wręcz wiążesz się z nim i ryjesz mu psychikę, że jest pasztetem i że robisz mu łaskę swoim zainteresowaniem. Oczywiście, moda na chudość dominuje od lat, stąd twój znajomy nie umówi się z przeciętnych rozmiarów dziewczyną, bo ma wdrukowany jakiś model kobiecości z filmów i magazynów. Ja uważam, że to dzięki Bogu, że on się z nią nie umówi, biedaczka nawet nie wie, jakiej patoli uniknęła! Znacznie gorzej by było, jakby się z nią umówił, związał, a potem jej pierdolił nad uchem, że ma nadwagę!Najgorsi są bowiem ci, co przelewają swoje kompleksy na innych- bo dokładnie tym są te wszystkie zachowania opisane przez Ninę. I w tym tkwi problem, a nie w tym, jaki rozmiar nosimy.

      • Tak właśnie. Można lubić wszystko (poza dziećmi i zwierzętami); chude albo grube, drobniutkie i mówiące cienkim głosem albo atletyczne jak zawodniczki MMA. Blond, brunetki, łyse. Pokryte tatuażami – albo takie, które z biżuterii używają tylko dyskretnych pereł. Nie wnikam w cudze gusta, nie obchodzą mnie one zupełnie ani ich nie oceniam – tak długo, jak ten ktoś nie przychodzi mi z tym swoim gustem pod nos i nie zaczyna nim potrząsać, mówiąc, że Nie Spełniam Kryteriów. Nie mamy parszywego obowiązku być niczyją fantazją seksualną. Takie myślenie o każdej nieznajomej kobiecie („ma mi się podobać, a jak nie, to dołożę starań, żeby tego pożałowała”) jest moim zdaniem dowodem głęboko zaszytej mizoginii.
        O facecie, który związał się z pulchną dziewczyną, żeby ją sobie poodchudzać (oraz co z tego wynikło) napiszę innym razem. Z tym, że to ciężka historia, może najpierw wrzucę tu coś wesołego.

        • Są faceci, którzy na partnerki wybierają kobiety skłonne do tycia, grubokościste, bo podnieca ich widok grubego nagiego ciała, tłuszczu i cellulitu. Nie każą im się odchudzać wręcz przeciwnie. Przynoszą czekoladki, gotują obiady, namawiają, żeby zjeść z nim kolację. Karmienie partnerki to dla nich element gry miłosnej. Dla każdego coś miłego…

  8. A ja tu z zupełnie innej beczki… Niewiasto Nino, czy nie poczułaś nigdy chęci na wyprodukowanie książki, takiej felietonowej, albo jakiejśtam innej? Bez tych komentarzy (haha sama teraz takowy smaruję, ale generalnie ich ton przytulająco – podlizująco – krytykujący jest ździebko irytujący)
    Pytam, bo wracam wielokrotnie do Twoich wcześniejszych wpisów i za każdym razem mam poczucie trafienia w punkt. Może to punkt w którym jestem, ale ten delekt to raczej Twój intelekt i te słowne mieszanki niźli konkretne tematy.
    Innymi słowy, czy piszesz o depresji, czy o poliamorii, czy o hipsterach to mam poczucie rozmowy z kimś fajnym o czymś fajnym.

    • Bardzo mi miło, że dostarczam frajdy. Szczerze mówiąc – obawiam się, iż wydawnictwa raczej nie przyjmują zbiorów felietonów od Kompletnie Nieznanych Osób bez dorobku. 😉
      A komentarze są dla mnie ważne, nawet te, których autor/ka usiłuje mi nawtykać z jakichś przyczyn. 🙂 Gdyby się nie pojawiały, uznałabym, że piszę sobie a muzom. Z pewnością nie chciałoby mi się tego robić.

      • Oj dostarczasz… każdy Twój wpis to dla mnie święto. Pojawiają się tak rzadko (to nie wyrzut- po prostu ja bym czytała codziennie!!!:)), że jak już są, to odkładam przyjemność czytania na potem, trochę jak z otwieraniem prezentów, wolę trochę odczekać… Niezależnie od tego o czym piszesz, zawsze to jest dla mnie ważne i wartościowe.

  9. moj rocznik – 86, rozmiar mam 38, czyli na pewno nie filigranowy. Żyję w normalnym świecie, otoczona normalnymi kobietami, jedne ładniejsze, drugie mniej, jedne tęższe inne chude. I nie widzę korelacji między wagą a powodzeniem. Serio. Raczej widzę że faceci w tym wieku szukają kobiet z którymi się dobrze gada, a co do wyglądu to naprawdę preferecje są tak różne – nie widzę wcale żeby chudość dawała moim koleżankom jakąś przewagę, ale też dziewczyny w rozmiarach większych nie są wcale marginalizowane. Naprawdę uderzył mnie Nino Twój tekst, bo poczułam jakbym żyła w innym świecie. Być może czegoś nie widzę, być może coś mi umyka, ale dodam że ja tych normalnych facetów spotykam wszędzie, w pracy, wśród znajomych, w kinie w sobotę widzę pary o różnych gabarytach. Nawet mam wrażenie że w tym wieku to trochę siara być na diecie, nikt się nie chwali jak za gimbazy że dietuje, że schudł. Po prostu ludzie mają inne priorytety i raczej jeżeli już coś może być powodem zadzierania nosa, to to że ktoś ma bardziej cool pracę, a ktoś inny nie.

    • Rozmiar 38 to ja ostatni raz oglądałam w wieku 18 lat. Jeśli on dla Ciebie jest „nie filigranowy”, to rzeczywiście żyjemy w innych światach. :V

      • Użyłam skrótu i faktycznie mogłaś mnie nie zrozumieć – odnosiłam się do komentarzy też poprzednich, gdzie mowa o „bardzo chudych” dziewczynach, a wiec na pewno nie rozmiar 38, raczej 34-36max, a mówiąc o dziewczynach bardziej przy kości miałam na mysli rozmiar 44+ aż do znacznie wiecej:)
        W grudniu jadę na wesele mojego kuzyna- jest chudy i wysoki, jego przyszła żona ma rozmiar 48. Nie wygladaja jakby im to przeszkadzało. A poprzednia dziewczyna mojego kuzyna była wagi przeciętnej – myślę że 38 rozmiar. Po prostu waga to nie kryterium wyboru partnera. Tak myślę. No chyba że jesteś gówniarzem. Niekoniecznie metrykalnie, bo można być i mentalnym smarkaczem. Ale na szczęście takich ludzi jest mniejszość

  10. Ja mojej żonce mówię tak (bo bywa, że narzeka na kilogramy): Ależ schudnij. Jeśli tego właśnie chcesz i z tym będziesz szczęśliwsza.
    Mnie tam się podoba tak jak jest 🙂 Ale, hmm, hmm, chyba mi nie wierzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *