Friendzone nie istnieje. Po prostu jesteś frajerem.

friendzone

Dlaczego dziewczyna nie odwzajemnia naszego afektu? – spytacie.
Bo to się po prostu zdarza. Witam w prawdziwym świecie, dzień dobry.

Rzadko piszę z myślą o Młodzieży. Pełza mi w duszy przekonanie, iż takowa mnie nie czyta.

Niemniej, ulało mi się, a blog jest przecie po to, by tego typu rzeczy kanalizować. Idę więc tytułem na czołowe ze społeczeństwem, a dalej nie będzie lepiej. Niezainteresowanych tematem bezpośrednio także zapraszam do lektury. Najwyżej wskrzesicie szkolne wspomnienia – lub się pośmiejecie.

 Zatem po pierwsze: co to friendzone.
Zjawisko urosło do rangi memu i wyskakuje na mnie ze wszech stron niczym Hobbes na Calvina. Zaglądam ci ja na kwejka, oczekując jakichś śmiesznych kotów, co nie mogą się zmieścić do kartonu (po dniu wypełnionym pracą człek musi czasem zresetować mózg) a tu zawodzenie i płacz: jestem taki miły, wrażliwy, uczynny i w ogóle, nówka nieśmigana, a dziewczyna chce się ze mną TYLKO PRZYJAŹNIĆ.  Wylądowałem we friendzone! Zawodzenie i płacz some more.
 Wzruszam wtedy ramionami („a to ci problem. Otchłanny, doprawdy”) i przerzucam się na demoty. Czy na jebzdzidy. Czy też na jeszcze coś innego. Jak widzicie, bywam chwalebnie zdeterminowana w poszukiwaniu odmóżdżającej, bezwartościowej rozrywki. Ale nic z tego.
Motyw ZAFRIENDZONOWANIA powraca z uporczywością świadków Jehowy, których grzecznie wyprosiliśmy spod naszych drzwi.  Trzeba chłopakom – bo też autorami tego jojczenia przeważnie jest płeć męska – przyznać, iż obmłócają temat wszechstronnie.
Mamy tedy kwejki ckliwie melancholijne, z obrazkiem przedstawiającym dwoje młodych ludzi płci różnej i komentarzem: „Podarować komuś przyjaźń zamiast miłości to jak dać chleb temu, kto umiera z pragnienia.” (Nie, ja tego nie wymyśliłam. Smarowałam kiedyś – dawno temu, thankfully – wierszydła, ale nigdy aż takiej popeliny.)
Mamy kwejki pasywno-agresywne ze zdjęciem atrakcyjnej kobitki i podpisem: „Jesteś uprzejmy, uroczy i traktujesz mnie jak księżniczkę. Zostaniesz TYLKO przyjacielem.” (podkreślenie moje.)
Mamy użyte niemal na pewno bez zgody i wiedzy autorów fotki jakichś kolesi sznurujących dziewczynie trampki czy zaplatających jej włosy, opatrzone dowcipną uwagą: friendzone level = 900.
Mamy wreszcie rozliczne odcienie jęku frustrata, od relatywnie łagodnego: „jestem sam, bo jestem miły, a dziewczyny chcą tylko dupków” po wyrafinowany paw nienawiści: „samotni faceci to znakomity, marnujący się materiał, zaś samotne kobiety ważą po sto kilo i śmierdzą.”
 Toż to jest internet, ktoś powie. Śmietnisko. Nie masz już czym grzać głowy?
Otóż nie. Bo to może i jest internet- nigdy nie usłyszałam hasła „friendzone” z ust żywego mężczyzny. Najprawdopodobniej dlatego, że nie zadaję się z nastolatkami. Niemniej, wszelkie kwejki et consortes nadesłanym przez czytelnika materiałem stoją. Ci wszyscy ziejący frustrą koleżkowie być może uczęszczają do gimnazjum po sąsiedzku. Męczennicy idei friendzone to także nasza Przyszłość Narodu.
Do nich zatem zwracam się, jako kobieta dorosła (30l.) i dysponująca jaką taką historią związków:
Chłopaki, nie ma i nigdy nie było żadnego friendzone. To durny przesąd, kolportowany przez osobników nie potrafiących spojrzeć istocie problemu prosto w twarz.
Gdyby nie natura internetu – teorie najprościej i najgłupiej tłumaczące świat rozprzestrzeniają się w nim jak lotny wirus – hasełko „friendzone” nie zrobiłoby takiej kariery.
 Tak? To dlaczego dziewczyna, do której rwie nam się serce oraz (a czasem zwłaszcza) inne części ciała nie odwzajemnia naszego afektu, spytacie.
Bo to się po prostu zdarza. Witam w prawdziwym świecie, dzień dobry. Sympatia – nawet głęboka – dla waszych atutów jako istoty ludzkiej nijak się ma do seksualnego przyciągania. Chłopak może być naprawdę sympatyczny i do rzeczy, ale dajmy na to ma nie taki zapach. Topornie rzecz ujmując, chemii brak. I jego szanse na dostanie się pod spódnicę koleżanki spadają do zera, choćby był zbiorem zalet.
Po co dziewczyna w ogóle wdała się ze mną w relację, skoro nie zamierzała ruchać? Czemuż, ach czemuż zrobiła mi nadzieję? – zapyta tłum nieszczęśników.
Odpowiadam: Być może tego nie wiecie, ale w przeciwieństwie do was nastoletnie dziewczęta nie myślą przez cały czas o seksie (co dorosłym kobietom już się zdarza, owszem.)
Naprawdę sądzicie, że waszą wybranką kierowało wyrachowanie czy złośliwość? Aż tak jest z wami źle? Poznajcie wstrząsającą prawdę: ta młoda osoba nawiązała z wami znajomość, kierując się najzwyklejszą ludzką sympatią. Być może umknął jej tak was absorbujący erotyczny aspekt zagadnienia. Wiele dziewcząt gorąco wierzy w możliwość czystej przyjaźni między płciami.
(Ja uważam, że takowa ma szanse przetrwania tylko wtedy, gdy ona jest lesbijką lub on gejem, najlepiej zaś, gdy oboje są tym i tym. Ale też mój level cynizmu = 900.) Takie ich prawo, wynikające z młodzieńczego idealizmu. Gdzie się podział wasz, panowie?
 Przemożnie wstrętna wydaje mi się idea, że przyjaźń – ergo, zaufanie, sympatia, bliskość emocjonalna – kobiety są nic niewarte wobec frykasów, jakie kobieta owa skrywa pod ubraniem. Pozyskaliście przyjaźń drugiej istoty ludzkiej i uważacie, że to mało, za mało? Po pierwsze: dziewczyna nie jest jakimś automatem do napojów. (Wrzucasz bycie miłym, uczynnym, porządnym i tak dalej, a z otworu wylatuje ten upragniony seks.)
Po drugie: po co wkradliście się w łaski osoby, która jako człowiek wcale was nie interesuje? Której wybory szanujecie tak mało, że obrażacie się jak dzieci, gdy brak opcji ruchalniczej wychodzi na jaw?
Skoro symulowaliście kumpelskie uczucia, desperacko wypatrując okazji – nie jesteście ani tak mili, ani tak porządni, jak wam się wydaje. Jesteście obłudni, interesowni i roszczeniowi. Mało seksowne kombo.
Prawie już oduczyłam się wygłaszania zdań typu: prawdziwa kobieta to. Prawdziwy mężczyzna tamto. Niemniej, nadal mocno wierzę, iż taki mężczyzna, którego chciałabym uważać za prawdziwego – nie maże się i nie sarka, gdy nie dostanie tego, czego chciał.
Zaproponować przejście na inny poziom znajomości zawsze można. Prawdopodobieństwo odmowy zawsze należy wziąć pod uwagę.

Odsądzanie kobiety, która wam odmówiła od czci i wiary jest żenujące. Stawia was (nie, nie ją!) w najgorszym świetle. W razie fiaska erotycznych nadziei zalecałabym wzięcie zranionej dumy w garść i możliwie prędkie zajęcie się czymś/kimś innym.

 Wśród całkiem dorosłych mężczyzn jest zaskakująco wielu buców nie potrafiących przetrawić faktu, iż nie każda kobieta musi być nimi zainteresowana. Naprawdę chcecie dołączyć do tego klubu?
EDIT 6 czerwca: Naima mię linknęła, to i ja linkam do Naimy. Mądrze prawi – i mniej więcej na ten sam temat.

44 thoughts on “Friendzone nie istnieje. Po prostu jesteś frajerem.

  1. Bardzo fajny i dający do myślenia wpis 🙂 Tym niemniej, chyba trochę za bardzo upraszczasz problem, sprowadzając go do seksu. Myślę, że przynajmniej dużej części tych chłopaków chodzi nie tyle o przespanie się z delikwentką, co o to, żeby została ich dziewczyną, a to nie jest jedno i to samo. Ich boli komunikat „może i jesteś fajny, sympatyczny i w ogóle, ale nie potrafię się w tobie zakochać/nie chcę się z tobą permanentnie wiązać”, no i powiedzmy sobie szczerze, jest to komunikat przykry, bo 95% osób odczyta go jako „nie podobasz mi się”. Wydaje mi się, że najczęstsze są 3 sytuacje: (1) chłopak nie jest „w typie” tej dziewczyny (może być obiektywnie naprawdę przystojny i co z tego, jeśli ona takich przystojniaków nie lubi, a ogląda się za chudymi intelektualistami w okularach), (2) dziewczyna zna delikwenta na tyle, aby wiedzieć, że nie byliby dobrą parą, (3) dziewczyna jest aktualnie zainteresowana kimś innym. Taki drobiazg, jak nieatrakcyjnie pachnąca woda po goleniu, raczej nie przesądzi sprawy 🙂

    A przyjaźń między płciami – nie no, co Ty opowiadasz? Jak najbardziej jest możliwa! Kiedy między zainteresowanymi nie ma „chemii”, zagrywek, flirtów, kiedy jedna ze stron nie liczy po cichu na więcej – spokojnie i bez problemu można się przyjaźnić na zasadach bratersko-siostrzanych. Nie wiem, czy dotyczy to dzisiejszych nastolatków, ale mojego pokolenia na pewno.

    • Agnieszko,

      kiedy piszę o zapachu, nie mam na myśli nienajszczęśliwiej dobranej wody po goleniu, ale naturalny osobniczy zapach. Dla mnie osobiście jest to czynnik przesądzający o tym, czy powezmę wobec danego dżentelmena łóżkowe zamiary. Subiektywnie postrzegana uroda daleko mniej się tu liczy.;)
      @ przyjaźń międzypełciowa – Gratuluję Ci dobrych doświadczeń. Ja akurat mam wyłącznie takie, jak napisałam. Pozdrawiam!

    • odpowiada nastolatek, tak taka przyjaźń bratersko-siostrzana jesr możliwa i to na długo, nawet wskazana. Btw. efekt o którym mówicie może mieć miejsce u chłopaków także… dziewczynie sie chłopak podoba (czasami ona mu też sie podoba) ale on jest zakochany po uszy w innej, w tym wypadku przyjaźń jest lepsza od złamanych serc i wrogości, bo mimo że nie (w przyszłości) jako małżeństwo to nadal moga spędzać po przyjacielsku czas razem (odwiedziny rodzinne, dwurodzinne wypady do kina) czasmi ta zażyłości osiąga taki poziom że staja sie jak rodzina.
      Pozdrawiam 😉

  2. A nie spotkałyście się nigdy z podejściem, że niemożliwa jest przyjaźń między kobietami, bo na pewno będą się obmawiały za plecami i odbijały sobie facetów?
    (ja się spotkałam nawet z bardziej rygorystyczną, może niewysłowioną, ale daną do zrozumienia wersją: jakakolwiek przyjaźń to coś niepoważnego, z czego należy wyrosnąć najpóźniej po magisterce).

    Jeśli chodzi o odrzucone uczucia, to wg mnie nieporozumieniem (wynikającym z innego nieco zakresu pojęciowego w jęz. angielskim) jest używanie słowa „przyjaźń”. Koleżeństwo, kumplowanie się – OK. Samej mi się zdarzyło i to, że tak powiem, z obu stron. Ale przyjaźń (w polskim rozumieniu) zakłada m.in. zwierzanie się z różnych problemów, no a trudno raczej lecieć do osoby, której awanse się odrzuciło, ze zwierzeniami, że się ma problem ze swoją parą.

  3. Zmieniłamksywkę, z opisanymi przez Ciebie postawami nie miałam nieprzyjemności się dotąd zetknąć, ale jedno jest pewne: nie chciałabym się bliżej zaznajamiać z osobami, które wygłosiły te mądrości 🙂

    Co się tyczy znaczenia słów „przyjaciel” i „friend” – racja, celna uwaga. Acz ze swojego otoczenia znam przypadek, gdzie odrzucony dżentelmen po latach utrzymuje dosyć ciepły, choć nieczęsty (korespondencyjno-telefoniczny) kontakt z panią, która wyszła za mąż za innego. Raczej nie zwierza się jej z innych problemów niż zawodowe, ale sądzę, że określiłby ją zdecydowanie jako przyjaciółkę, nie jako koleżankę. Z tym że to są ludzie w wieku okołoczterdziestkowym, a nie licealiści/studenci.

  4. Moim zdaniem bulls eye! Dokladnie o to chodzi i zawsze chodzilo. I kazde pokolenie musi przez to przebrnac. Madrosci „starszakow” na nic sie nie zdadza – niektore doswiadczenia trzeba zebrac osobiscie 😉
    Co do przyjazni miedzy kobieta i mezczyzna: kiedys tez naiwnie wierzylam, ze jest jak najbardziej mozliwa! Dopoki sie nie okazalo, ze pod plaszczykiem przyjazni kryje sie ochota na wiecej (czyt. seks). A skoro nie ma rokowan na przyszlosc, nie ma co tracic z delikwentka czasu. I po przyjazni 😛

    • Fanko,
      witaj 😀 Kiedyś (czyt. w wieku 17 lat) wyznawałam nie tylko ową przyjaźń, ale i pogląd, że skoro biedaczek wziął, się zakochał i to ze zbolałą miną demonstruje, to ja MAM MORALNY OBOWIĄZEK CHOCIAŻ Z NIM SPRÓBOWAĆ. Ponieważ true love i takie tam. 😀 😀

    • No bo nasze – pardon my french – dziury to są zasoby, domagające się zagospodarowania, nie wiedziałaś o tym?:D A Naima świetnie pisze i ma popularyzatorski nerw, którego jej silnie zazdroszczę.

  5. A co tam, trafiłem tu, to skomentuję.
    Jestem samcem, jak widać 😛
    Młody jestem i ciałem, i duszą, ale z własnych doświadczeń:
    Gimnazjum. Poznało się nowych ludzi, po paru miesiącach wyklarowała się pewna paczka najbliższych znajomych. Wśród nich pewna dziewczyna. Ładna, fajna. Po pewnym czasie ta dziewczyna zaczęła mi się podobać. Ja myślałem co najwyżej o trzymaniu się za rączki, przytulaniu, całowaniu. Wiadomo, seks też się pojawiał, ale co najwyżej w „(nie)pobożnych marzeniach”. Gdzie to tak pierwsza gimnazjum i seks. Może dzieci do tego? 😛
    Dziewczyna się dowiedziała o moich uczuciach budowanych przez parę miesięcy wspólnego pobytu (czy to w paczce, czy w parze). No i zostałem zfriendzonowany. Zabolało, była pewna frustracja. Ale każda porażka boli, tak to już jest. Fukałem co prawda na jej różnych partnerów, no ale… Nie robiłem jej wyrzutów, że mi „dać nie chciała, a była powinna”. Na dodatek później dziewczyna wybrała sobie za chłopaka mojego przyjaciela z tej samej paczki. Nie mnie, jego. Jako, że człowiek był młody i głupi, to się zastanawiał, czego nie ma, co ma ten drugi. Ale spotykaliśmy się razem przez całe gimnazjum. Bez fukania na siebie, kłótni i bójek z tamtym przyjacielem. Co prawda właściwie przez całe gimnazjum się w niej podkochiwałem, ale cóż… Było się młodym i głupim. Teraz jest się tylko starszym 😀

    Nieco później, bo w liceum. Inna przyjaciółka, którą znałem… Łolala, dosyć długo. Sytuacja dosyć skomplikowana, w szczegóły nie ma co wchodzić. W każdym razie kolejny friendzone (nie liczyłem na seks, a na coś więcej niż „przyjaciele”) – zabolało. Doprowadziło to do pewnych spin między nami i się troszkę popsuła znajomość, ale nadal nazwałbym ją swoją przyjaciółką. O związkach raczej nie gadamy, bo trochę kręcę nosem na jej obecnego partnera (niezbyt przyjemna okoliczność poznania go :P).

    Dlatego uważam, że friendzone istnieje. Jest wtedy, gdy nie da się przejść na wyższy poziom relacji, gdy jedna strona próbuje. Co innego jednak, gdy jest się miłym, dobrym, grzecznym tylko po to by zaliczyć. W moich przypadkach zauroczenie(gimnazjum) i uczucie (liceum) było wynikiem dłuższej znajomości. W końcu nie wybrałem ich dlatego, że „o, fajne ma cycki”, tylko dlatego, że je dobrze znałem. I widziałem pewne perspektywy na przyszłość. No, ale nie zawsze wychodzi, tak bywa.

    Tekst mi się nie podoba. Tytuł obraźliwy i generalizuje, jakoby wszyscy „sfriendzonowani” (Używam tego terminu w kontekście raczej zabawnym, nie poważnym) to buce nastawione wyłącznie na seks. A tak nie jest. Często to po prostu zawiedzione oczekiwania odnośnie związku wrażliwych młodych chłopców albo zwykły, prześmiewczy trolling. Bo np. mi nie przeszkadza śmianie się, gdy podryw nie wyjdzie, że zostałem „zfriendzonowany”. Ale nie robię wyrzutów dziewczynie i nie mam ją za „złą, niegodziwą sukę, która pragnęła mnie wykorzystać i bawi się moimi uczuciami”. Bo tak nie jest.

    O co mi w skrócie chodzi? O to, by autorka zrewidowała nieco swoje poglądy na „friendzone”, bo on różne ma oblicza. Podobnie z miłością 😛

    • Filipie,
      Skoro, jak piszesz:
      „nie mam ją za “złą, niegodziwą sukę, która pragnęła mnie wykorzystać i bawi się moimi uczuciami” i nie wylewasz swych gorzkich żali jej osobiście, wszystkim, którzy chcą słuchać, tudzież na kwejkach –
      to nie do Ciebie ten tekst jest skierowany. Pisałam go z myślą o agresywnych bucach nie rozumiejących słowa „nie”, stalkerach włóczących się za dziewczyną z jękiem, żeby „jeszcze to przemyślała” tudzież roszczeniowcach, uważających, że rodzaj żeński jest im coś winien.

      Stoję murem za własnym twierdzeniem, że nie istnieje żadne friendzone. Jak nie spodobasz się dziewczynie, która mimo to Cię jakoś tam lubi, to zapewne zaproponuje wyłącznie koleżeńskie stosunki. Proste, logiczne. W drugą stronę też tak to działa. Takie jest życie i nie ma co do tego dorabiać etykietek.
      Tytuł jest dobry, bo chwytliwy i zostanie. Moim zamierzeniem jest, żeby dotarło do tego posta jak najwięcej takich wymienionych wyżej okazów, co to wymachują tym friendzonem na prawo i lewo. Pozdrawiam!

      • Ech, odpowiedziałem post niżej…

        No właśnie, ten friendzone, to po prostu pozostawanie w stosunkach koleżeńskich/przyjacielskich i które są nie do zmiany. Kiedyś (łohoho, alem stary :P) mówiło się „dała mi kosza”, taka nazwa zwyczajowa. To żadna głębsza filozofia czy nakaz nienawiści do wszystkich kobiet, bo skoro pozwoliła się poznać, to powinna też nogi rozłożyć. Tak to nie działa. A że niektórzy robią z tego tragedię… Z każdej igły zrobisz widły, że tak powiem.

  6. @Nina
    Cóż, faceci to nie maszyny, które 365 dni w roku, 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę nie mają uczuć, godzą się z porażkami i nie marudzą. Też mamy uczucia, też nas boli. Do tej pory sytuacja wymagała od nas zaciskania zębów, ale że kultura i sytuacja społeczna się zmienia, faceci coraz częściej też chcą być przytulani, a nie tylko przytulać i pocieszać. Stąd żale albo na kwejkach albo do przyjaciół, w blogach. Oczywiście, gdy taki wyzywa dziewczynę, to jest to gruba przesada, ale czy można mieć pretensje do kogoś, że boli go brak akceptacji uczucia? Nie każdemu zależy wyłącznie na seksie. Jak rozpada się związek (trochę inna sytuacja niż nieodwzajemnione uczucie, ale oba są bolesne), to faceci często też płaczą. Mi się zdarzyło. Szukałem potem pocieszenia (i nie w rodzaju seksu) u przyjaciółek, bo jakoś tak łatwiej wypłakać się przy przyjaciółce i przytulić do niej, niż do faceta. Jeśli człowiekowi zależy, to boli. Zaciskać zęby można, ale to niezdrowe 😛 Dlatego my, faceci, żyjemy krócej 😛
    Prośby o przemyślenie to akt raczej desperacji. Młodość i miłość to połączenie głupoty i ślepoty do kwadratu. Niektórzy są pewniejsi siebie, lepiej rozumieją to, że inny człowiek to taki sam człowiek jak on sam (ludzie, nawet dorośli, często o tym zapominają) i łatwiej przechodzi im przełknięcie gorzkiej pigułki porażki. Inni mają z tym problem. Potem żale, które czasem ma każdy, do siebie, kogoś, świata, tafli lodu, bo się poślizgnąłem i nogę złamałem czy coś.
    O ile rozumiem pretensje do takich facetów, bo nachalność nigdy nie będzie fajna, to należałoby także spróbować zrozumieć drugą stronę. Osobiście nie znam faceta, który uważałby, że cokolwiek należy mu się od kobiet, bo są kobietami. Mózgi facetów różnią się od mózgu kobiet (i nie twierdzę, że któryś jest gorszy, inaczej pojmujemy świat) i stąd te „roszczeniowe” postawy wynikają z tego, że facet potrafi zwykłe, miłe zachowanie odebrać jako zainteresowanie nim. Z punktu widzenia dziewczyny (która wymaga zazwyczaj od partnera więcej niż ładna buzia) jest po prostu miła, dla faceta (któremu instynkt nakazuje „podświadomie” płodzić jak najwięcej dzieci dzieci, więc mniej „wybrzydza”) go podrywa. I tu rodzi się problem, bo facet i kobieta widzą dwa inne obrazki. Stąd roszczenia.

    • Filip,

      ja zaś proponuję dla odmiany pochylenie się nad uczuciami dziewczyny, którą prześladuje taki nachalny typ. Co ona będzie czuła, prócz irytacji i dyskomfortu? Podpowiem Ci: poczucie osaczenia i strach.
      Podsumowując krótko: NIE zawsze znaczy NIE i różne widzenie świata nie ma tu nic do rzeczy. Słysząc „NIE” należy natychmiast dać spokój i swoje roszczenia, nadzieje itp. wsadzić sobie w buty. Tutaj się walczy o taką rzeczywistość, w której to będzie absolutnie oczywiste.

      • Ja nic w notce o prześladowaniu nie wyczytałem. Jedynie o wylewaniu żali na kwejkach, demotach, jebzdzidy, płakaniu „bo mi nie dała” i ewentualnie o tym, że taki gość ma pretensje i wyzywa (co stwierdziłem, że jest, eufemistycznie mówiąc, nieładne).
        Dziewczyna i chłopak trochę się znają. Czy czuje strach, bo on mimo wszystko, grzecznie nakłania ją do przemyślenia decyzji po raz drugi? Nie sądzę. Jak będzie za nią łaził i cały czas gadał o tym, to może, ale nie widzę, by gdziekolwiek tu była mowa o takich przypadkach czy o przypadkach, gdzie po pierwszej randce ma dojść do seksu.
        I ja się nachylam nad uczuciami dziewcząt. Tyle że tu się ewidentnie staje po stronie kobiet mówiących „nie”, a sytuacje te nie są tak czarno-białe, jakby się mogło wydawać.
        Znam sytuacje, gdy dziewczyny wręcz zarzekały się, że facet ich nie interesuje, by dajmy na to 2 miesiące później wylądować z nim w łóżku. W pełni zadowolone (bo z własnej woli), potem są z nim w związku. I czy „nie” znaczy tu „nie”? Jakoś nie sądzę.
        Bo friendzone nie dotyczy nachalnego podrywania nieznanej dziewczyny w klubie (jak w przypadku notki u Naimy), a dłuższej znajomości pary osób.

        • Filip,
          no to jeszcze raz: nakłanianie kogokolwiek (chłopaka, dziewczyny, bez różnicy) do przemyślenia swojej suwerennie podjętej decyzji jest wywieraniem nacisku. Serdecznie brzydzę się naciskiem.

          Oraz – naprawdę uważasz, że tzw. „dłuższa znajomość” usprawiedliwia nachalność? Jaś i Małgosia studiują na tym samym wydziale i roku, więc siłą rzeczy widują się codziennie. Zapewne jakoś tam się znają.Być może wymienili parę razy niezobowiązującą gadkę-szmatkę. Czy w związku z tym jednostronnie zauroczony Jaś zyskuje do łażenia za Małgosią większe prawa, niż gdyby zobaczył ją pierwszy raz w życiu w jakimś pubie? W swoim czasie byłam taką studiującą Małgosią i powiem Ci, że taktowne zbywanie niechcianego zalotnika zeżarło mi mnóstwo nerwów. Typ wystawał pod budynkiem uczelni i czekał na mnie kilka razy z rzędu. Znałam go – i cóż z tego? Mój stres się od tego nie zmniejszył.

          A propos tych dziewczyn, o których opowiadasz. Uwaga, teraz będzie analogia. Znałam paru mężczyzn, którzy lubią odczuwać ból fizyczny. Tak są skonstruowani. Czy w związku z tym zyskałam prawo, by każdemu nowo poznanemu dżentelmenowi przydzwonić na dzień dobry w ramach flirtu – „bo skoro tamtych paru to lubiło, to wszyscy polubią”?

  7. @Nina
    Nacisk jest wszędzie. Jawny czy nie. Tego nie unikniesz. Poza tym człowiek ma prawo do zmiany zdania. Jeśli kumpel nie chce jechać ze mną na biwak, bo nie, a ja go poproszę, by to jednak przemyślał, to robię mu krzywdę? Szczególnie jeśli potem bawi się dobrze i jest zadowolony, że jednak pojechał. Nie. Więc nienachalna (choć czasem trzeba nachalnie, choćby gdy domagamy się swoich praw w urzędzie, sądzie, jako konsument) kulturalna prośba nie jest niczym złym. Nie wiem czym tu się brzydzić. Perswazją ogólnie?

    Czy mówiłem o nachalności? Nie, mówiłem jedynie o prośbie o przemyślenie swojego zdania. Jednej prośbie, nie lataniem koło dupy kiedy się tylko da, odprowadzaniem wszędzie, nawet do toalety i herbatka wie jeszcze co. Poza tym notka dotyczy zjawiska friendzone (i „frajerów”, których zaboli, że dziewczyna nie chciała być z nimi w związku), a nie nachalnego podrywania, stalkowania i czego tam jeszcze. Poza tym friendzone dotyczy raczej związków okołoprzyjacielskich, a nie znajomych z roku. Chyba że znamy dwie inne definicje.

    • W moim rozumieniu mit znany jako friendzone dotyczy owszem związków okołoprzyjacielskich, ale jego kulturowa interpretacja widoczna bardzo dobrze na rozmaitych kwejkach (memy: „wredna, chce się TYLKO ze mną przyjaźnić” – jakby przyjaźń to był jakiś ochłap, a cała wartość kobiecego towarzystwa sprowadzała się do romantycznego/seksualnego aspektu) daleko wykracza poza tę jedną, określoną sytuację.

      Poza tym mam odczucie, że się powtarzam. Ty wiesz swoje, ja swoje, zatem EOT z mej strony. Życzę Ci, żebyś się jednak powstrzymywał od tego ponoć całkiem nieszkodliwego nacisku. Możesz trafić na osobniczkę, którą twoje działania przyprawią o porzyganie się z nerwów.

      • Na zakończenie. Jak się chce czegoś więcej od pewnej konkretnej osoby, to czasem przyjaźń wydaje się „tylko ochłapem”. Choć generalnie to bardzo dobra i potrzeba relacja.
        Analogia do mężczyzn i jej teza… Nietrafiona. Napisałem, że znam dziewczyny, nie, że wszystkie takie są. Chodziło tylko o to, że „nie” czasem wcale nie znaczy „nie”. Ja sam, w większości przypadków, jak ktoś powie „nie”, daję sobie spokój. Chyba że jestem pewien, że ta osoba po prostu się droczy (ale do tego muszę znać tę osobę dosyć dobrze, a nie, że widziałem ją 5 razy i 2 razy pogadałem przez 15 minut).
        I nie naciskam na ludzi do oporu. Czasem rzucę „przemyśl propozycję” i daję czas na przemyślenie bądź dostaję odpowiedź od razu. I tyle, potem daję sobie spokój. I nie mówię tylko o pogłębianiu relacji, bo w takim wypadku rozumiem „nie”, które doskonale rozumiem.
        Jestem szczery, to odpowiem szczerze. Liczyłem na otwartą, jakąś konkretną dyskusję, a dostałem posty nastawione pod pewne konkretne tezy. Trochę się zawiodłem, szkoda. Ale najwidoczniej stanięcie po stronie facetów, którzy, bez przechodzenia do nachalności czy maniakalności, chcą troszkę więcej oznacza nie rozumienie słowa „nie”, dyskryminację kobiet. Meh, tak nie jest.

        • Konkrety? Czemu nie, konkrety. Ja sama się kiedyś pochorowałam z nerwów. Po tym, jak znajomy, z którym ciągałam się na spacery przez wakacje (miał albowiem dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia z związku ze swoim hobby i zakładanym stowarzyszeniem i rozważałam akces) przyszedł pod mój dom o 22:30 i prosił, żebym wyszła do niego albo chociaż odebrała telefon, bo zebrało mu się na szczerość: oto sprawdził mnie, poznał, rzecz przemyślał, jestem inna niż wszystkie i on wierzy że ze mną będzie szczęśliwy, związek możemy zacząć od dziś. Około pół godziny smsowania, jeden wieczór, nazwałbyś naciskiem? Ja od poczucia presji i niemożności porozumienia z drugą stroną – „ale czemu” – pochorowałam się na kilka dni.

          I nie powiem, wkurwia mnie, że jedyny skuteczny sposób zbycia takich natrętów to „jestem zajęta”. „Sorry, nie jestem zainteresowana” odbiło się od pełnej nadziei twarzy jak od ściany już dziesiątki razy, na ulicy, w pracy, u bioenergoterapeuty, w tramwaju… Spektrum od „niewinnego flirciku” towarzyskiego, przez to co wyżej, aż po „nie możesz tak po prostu ze mną nie rozmawiać, przecież jestem uprzejmy, rozmawiamy sobie” od obcego, starszego 30 lat na oko (a może dobrze zakonserwowane wódą i papierosami 45 lat różnicy?) faceta, którego z chwili na chwilę coraz bardziej się obawiam.

          NIE powinno znaczyć NIE i nie rozumiem, czemu jestem winna nachałom jakieś uzasadnienia. To, że nie rzygam takiemu na buty ze zdenerwowania ani nie walę na odlew w twarz, nie znaczy, że mi się takie zachowanie podoba ani że jest akceptowalne.

          • Kiedy byłam młodsza i wyglądałam potulniej, tego typu bawidamkowie zaczepiali mnie regularnie. Zasadniczo najlepiej działa wypowiedziane dźwięcznie i na cały tramwaj: „Nie pogada pan ze mną. Za stary pan jest.” Chichocik postronnych zniechęca takiego donżuana.
            Pewnego typu istoty dwunożne zakładają, iż kobieta w przestrzeni publicznej jest im coś winna. Jakby jakąś fontanną czy inną ławeczką miejską była. Na szczęście już coraz rzadziej.

  8. Niezła dyskusja się wywiązała, więc pozwolę sobie też dorzucić własne przemyślenia 😉
    Niezależnie od wszystkiego wyznanie uczuć zawsze wymaga odwagi, a odrzucenie zawsze boli, niezależnie od płci, wieku, wyznania czy koloru włosów. No, ale prawdziwy problem zaczyna się potem. Często obiekt nieodwzajemnonych uczuć chodzi do tej samej szkoły/uczelni/pracy i trzeba sobie jakoś ułożyć życie…
    Ale chyba nie do końca o tym jest ten wpis, lecz o pewnym nowym (przynajmniej z nazwy) zjawisku friendzone. Sądząc po krążących po sieci materiałach, dotyczy ono wartościowych (miłych, inteligentnych wrażliwych itd.) facetów, którzym dziewczyny oferują (poślednią w domyślę) rolę przyjaciela. Teoretycznie schemat mógłby działać w drugą stronę, ale jakoś takie obrazki ciężej znaleźć…
    Określenie to sugeruje jednak kilka rzeczy, które mogą denerwować.
    Np. to, że taka oferta przyjaźni ze strony dziewczyny jest określana jako coś gorszego i nieuczciwego. A w końcu, jeśli omawiamy przypadek grupy przyjaciół, to taka nagła deklaracja ze strony kolegi nigdy nie pozostaje bez wpływu na dziewczynę. Mało która radośnie zacznie wykorzystywać zakochanego w niej faceta jako robota kuchennego, tanią siłę roboczą, itd. (oczywiście są i takie przypadki, ale wtedy słowo przyjaźń nie ma racji bytu). Raczej będzie się zastanawiać co zrobić, żeby nie urazić osoby, którą lubi, jak to wpłynie na ich grupę… Dlatego czasem najlepszym (nie mówię najłatwiejszym czy najmniej bolesnym) wyjściem jest postarać się wrócić do dawnych, przyjacielskich kontaktów. Oczywiście można unieść się dumą/honorem i zerwać kontakty (tylko po co rozwalać/opuszczać tą grupę, skoro wcześniej się dobrze z tymi ludźmi czuliśmy), można też ponawiać ofertę, ale to też jest ryzykowne. Pierwsza odmowa mogła być reakcją z zaskoczenia (bo np. nigdy wcześniej nie brało się tej osoby pod uwagę w tej roli), ale już kolejnych nie da się tak łatwo wytłumaczyć. Czasem naprawdę brakuje tej przysłowiowej chemii i wtedy nic się nie da zrobić.
    Ale większość obrazków typu friendzoned sugeruje, że takie dziewczyny są zakłamane, a faceci frajerami…

  9. IMAO cał ten rant jest częścią ogólnego zjawiska wzrostu poziomu bucerstwa w nowszych generacjach dojrzewających menszczyzn. Jeśli połączysz Krula i jego wypowiedzi o kobietach, dziarskich chłopców w ramach patriotycznego ruszenia przebudowujących nawierzchnię Placu Konstytucji i zabudowę nietrwałą ambasady Rosji z obrazem związków i ich dynamiki z seriali młodzieżowych, nieuchronnym wnioskiem jest to, co wylewa się we wspomnianych demotach. Baby som gupie i sie nie znajo.

    Z resztą nie ma gwarancji, że te ranty są dziełem raptem kilku, za to bardzo produktywnych kolesi.

    Co do przyjaźni z pcią przeciwną… Okejka, na wstępie zauważę, że jako cyniczny gruchot pod 40-tkę mam problem ze zdefiniowaniem, czy w ogóle mam, lub kiedykolwiek miałom „przyjaciół”, to słowo jest bowiem nacechowane taką ilością epitetów i warunków, że w zasadzie nikt się nie kwalifikuje (wychowałom się in PRL, a tam o przyjaźni uświadamiała każda książka dla młodzieży). Ale jeśli rozluźnić definicję, to a i owszem i chyba nie było w tym żadnych „podtekstów”. Oczywiście, jako osoba charakteryzująca się umiarkowanym poziomem socjopatii mogłom po prostu owych podtekstów nie zauważyć (w tym jestem naprawdę niezłe i przyjaciele nazbierali już stosowne portfolio anegdot). Ale chyba da się.

  10. Ja tak mam, i pewnie nie ja jedna, że bardzo lubię facetów, którzy mi się nie podobają. Czuję się przy nich swobodnie, bez wahania wybieram trampki zamiast szpilek, nie zamartwiam się, czy aby na pewno robię odpowiednio duże wrażenie. Miło spędzam czas.

  11. Wydaje mi się, że rzecz dotyczy pewnego mechanizmu, który, jak sobie wyobrażają odrzuceni mężczyźni istnieje. Dobre maniery i przyjacielskość mężczyzny wykluczają przejście od fazy zapoznania do fazy romansu. Friendzone ma być taką drugą drogą, ślepą uliczką, w którą się wjeżdża, jeśli się jest miłym.
    Nie wydaje mi się, żeby istniała taka zasada/mechanizm/prawo rządzące wszechświatem. Ot, po prostu kobiety też mają swoje preferencje seksualne – jedni mają wstęp do sypialni, inni nie. Mężczyznom też się pewne kobiety nie podobają, nawet jeśli są strasznie miłe. Jak słusznie zasugerowała Nina – pachną nie tak (w moim wypadku, nie podoba mi się brzmienie ich głosu – nawet adonis dostaje -10 do prezencji, jeśli jego głos mi się nie spodoba). I, drogi odrzucony mężczyzno, nie dojdziesz do tego, co jej właściwie w tobie nie odpowiada. Nie ma to nic wspólnego z tym, czy byłeś uczynny, czy raczej nie.
    Jeśli jakaś niewiasta zdecydowanie nie jest chętna i proponuje przyjaźń, to nie jest to jakiś towar wybrakowany. Jest to kontroferta najlepszego sortu. „Stary, nie kręcisz mnie, ale cię lubię i nie chcę zrywać znajomości” (Tak to zwykle starałam się przedstawiać) (Przerobiłam w ten sposób kilku niedoszłych konkurentów na przyjaciół, z którymi przyjaźnię się od kilkunastu lat. Teraz mają inne żony lub kochanki i dalej się ze mną przyjaźnią.)
    Uwaga na marginesie.
    W przyrodzie istnieje też inny wredny mechanizm. Są takie przedstawicielki płci pięknej, które z faktu trzymania na dystans zapatrzonych w nie mężczyzn czynią swoiste narzędzie władzy nad nimi. Seks nadal nie wchodzi w grę, ale rzeczone panie starają się, żeby zainteresowany nimi facet stale miał iskierkę nadziei na zmianę tego układu. To wredne postępowanie oparte jest na zwykłej ludzkiej chęci władzy, kontroli nad zachowaniem innych. Takich osobniczek należy się strzec, bo potrafią zabrać dużo czasu, który można by poświęcić innej niewieście z lepszym skutkiem

  12. Akurat przez przypadek trafiłem tu na ten temat więc odpowiem tak: Nie ma czegoś takiego jak FRIENDZONE = FRIENDSHIP. Te „zostańmy przyjaciółmi” kobiet, nie ma nic wspólnego z prawdziwą przyjaźnią.
    Kolejną rzeczą, która autorka tego bloga nie rozumie bądź nie chce rozumieć, to jest to, że związek to nie tylko seks, ale też inna, szczególna bliskość emocjonalna, której nie ma w żadnej przyjaźni, a już na pewno nie w takim tworze jak „fiendzone”. Tu człowiek jest „kochany” przez kogoś podczas w gdy w przyjaźni jest „bardzo lubiany”. W związku kochana osoba jest najważniejsza od wszystkich innych. Relacje emocjonalne do kochanej osoby są inne, intensywniejsze niż do przyjaciela. To jedno….

    Inna rzecz to jest to, czego raczej wiele kobiet nie rozumie: Nie da się przyjaźnić z osobą która nam się podoba a już na pewno nie z osobą w której jesteśmy zakochani! To jest po prostu niemożliwe. Bo przyjaźń(ta prawdziwa) polega na obustronnych przyjacielskich relacjach. Tzw. „Friendzone” zaś jest bezwartościowym i podłym tworem gdzie jedna osoba strasznie cierpi nierzadko żyjąc w złudzeniu, zaś druga nierzadko wykorzystuje tą pierwszą.

    Prawidłową reakcją na sytuację gdzie jedna osoba podoba się drugiej zaś ta druga pierwszej nie, jest po prostu zerwanie kontaktu lub przynajmniej jego silne ograniczenie.
    Jak się osoba nam się nie podoba/nas nie chce to się zrywa z nią kontakt. Gdyż tzw. „Friendzone” ma same wady, zalet zaś nie ma żadnych.

  13. Bardzo dziwny wpis, ale też po kobiecemu z dziwnej strony bardzo. Bo nie wiem, czy wiesz, ale jak kobieta ma ochotę kogoś ‚bzyknąć’, to też wkrada się w jego łaski, a kiedy okazuje się że on ją zepchnął do friendzone i nic nie chce, to jest rozczarowana i przestaje się odzywać, albo próbuje tak w nieskończoność. Więc to działa w obie strony, z czymże w Polsce mentalność jest grubo odwrócona, bo kobieta sobie idzie i myśli ‚dam, albo nie dam’, a facet co? Zawsze chce tak? Puknij się w głowę.

  14. Niestety, ale kobiety mają tendencję do narzekania i na dłuższą metę nie wytrzyma tego żaden facet – radzę zrobić kiedyś eksperyment: niech jeden facet zacznie krytykować kobiety w ich gronie – jakie to sa beznadziejne, niewierne, niedomyślne i zobaczycie c o będzie – stoki się wyludni a Panie go opuszczą. W odrwotnym przypadku nic się nie stanie – krytykować mężczyzn w obecności innych mężczyzn można i należy! Właśnie dlatego z kobietami nie należy się przyjaźnić, chyba, że ktoś lubi bez przerwy krytykę na swoją własną płeć – bo przecież ostatnią rzeczą o jakiej może pomyśleć kobieta – w kontekście swoich porażek damsko-męskich – to o własnej winie.
    Odrębnym tematem jest odrzucenie napalonej kobiety przez faceta, podłość do jakiej wtedy ta wspaniała istota jest zdolna przekracza wszelkąwyobraźnię , dlatego kobietom należy odmawiać i gdyby faceci robili to częściej to szybko nauczyły by się pokory od życia i obawiam się, że wtedy ich zdanie co do friendzone byłoby identyczne. Odrzucona babka nigdy nie będzie przyjaciółką faceta – tylko zawsze jego wrogiem i to już lepiej świadczy o facetach, nawet jeżeli jedynym powodem są majtki.

    • Dlatego właśnie dla własnego bezpieczeństwa wszyscy mężczyźni powinni wchodzić w związki wyłącznie z innymi mężczyznami. Alternatywnie – wytłuc wszystkie kobiety młoteckiem, a jeśli się nie da (sprawdzić, czy nie Imperatorka Furiosa) zamknąć w schowku na odkurzacze. Howgh.

      Hm. Mam kumpelę. Nasz wspólny przyjaciel odrzucił jej względy. No i, yyyy… jesteśmy wszyscy serdecznymi przyjaciółmi od lat osiemnastu. Jeśli liczyć od odrzucenia – od piętnastu. A od mojego ślubu z rzeczonym przyjacielem – od dziesięciu. Drogie Bravo, czy to znaczy, że ani ja, ani kumpela nie jesteśmy kobietami?

  15. A co zrobić jeśli kobieta niczego nie chce? Facet darzy ją głębokim uczuciem i wyznał to nawet, a ona na samą myśl o zerwaniu kontaktu dostaje ataku histerii? Co facet powinien w takim momencie zrobić? Jak wiadomo normalne jest zerwanie kontaktu aby uczucia opanować, bo utrzymując kontakt z osobą z którą nigdy się nie będzie wbija się sobie kołki w serce. Jednocześnie facet doskonale zdaje sprawę że nie może od tak odejść ponieważ nie chce ranić kobiety która jest dość mocno przywiązana do jego obecności, w sumie to nawet pisała że jej na nim zależy (raczej na przyjaźni), jednak nie jest w stanie być z nim w związku. Co zrobić? Być egoistą i olać, czy męczennikiem i gnoić swoją psychikę na rzecz komfortu innej osoby?

  16. Patrzę tak i patrzę po komentarzach. Tekst po raz pierwszy czytałam jeszcze na świeżo, po blisko dwu latach patrzę znów… i zastanawiam się, co by o mnie powiedzieli ci światli komentatorzy, dowodzący, jak podłą rzeczą jest friendzone.

    U mnie albowiem friendzone jest niezbędnym wstępem do seksu, jak również związku. Jeśli ktoś nie jest moim przyjacielem – innymi słowy, jeśli nie mogę z nim (lub nią) swobodnie dzielić myśli i uczuć, jeśli nasze poczucia humoru się nie pokrywają, jeśli nie czuję się w towarzystwie tejże osoby bezpiecznie, jeśli nie kleją nam się rozmowy na tematy najrozmaitsze, jeśli nie ma zaufania – absolutnie nie ma mowy o dzieleniu łóżka ni jakiejkolwiek intymności. U mnie „nie, ale spróbujmy zostać przyjaciółmi i się zobaczy” to nie „spadaj z ochłapem na pocieszenie”, tylko „brawo, przeszedłeś do kolejnego etapu”.
    I co teras, panowie?

  17. Tytuł tego artykułu jest żenujący. Nie oszukujmy się – sytuacja byłaby w porządku, kiedy dziewczyna od początku powie, że nie jest zainteresowana i da mu szansę odpuszczenia. Jeśli korzysta z tego, że chłopak jest zakochany i dużo dla niego zrobi i go wykorzystuje to jest zwykłą prostytutką. Wiele kobiet taka prawda w oczy kole i wolą nazwać gościa frustratem niż przyznać się, że zdarza im się wykorzystywać mężczyzn.

    • Ha, żaden tekst tak nie ściąga kuriozalnych wypowiedzi, jak ten.
      Zacytuję ci kolego mistrza Sapkowskiego:
      „używanie określenia:”kurwa” w stosunku do kobiety, której się nigdy nie chędożyło i nigdy się jej za to nie dawało pieniędzy, jest gówniarskie i absolutnie karygodne ” 😀

    • Ta, jasne. 😀

      Co pół roku ktoś z sieci trafia na ten stary tekst i przychodzi mnie uświadomić tą – jakże oryginalną!- myślą. Chyba zablokuję opcję komentarzy pod postem, bo Ameryki to już tu nie odkryjemy. 😀

  18. Odrobina racji w tym jest ale tylko odrobina, bo nie zgłębiasz w ogóle problemu sprowadzajac to tylko do pociagu sexualnego to raz, a dwa do genezy, czyli do tego że facet zaprzyjaźnil sie z dziewczyną a zaczął cos do niej czuc po latach, miesiacach. Mi moja kumpela z pracy na poczatku w ogóle sie nie podobała jako kobieta, zacząłem myślec o niej jak o kobiecie moze po 3-4 latach i to było dla mnie odkrycie. Mi sie udało choć nie do konca ale przekroczylismy friendzone, teraz nie jestesmy juz razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *