Czego nas uczą pierwsze miłości

Najsłynniejsza młodociana "para, której nie było" w całych internetach. Małoletni Snape wygląda tu trochę jak małoletni Fisz. Co moim zdaniem stanowi cuteness overload.

Najsłynniejsza młodociana „para, której nie było” w całych internetach. Nieletni Snape wygląda tu trochę jak nieletni Fisz. Co moim zdaniem stanowi cuteness overload.

Nikodem miał złote włosy i złoty puch na policzkach. Patrzyłam nań kiedy się dało, ukradkiem. Do dziś pamiętam drobinki kurzu – parkiet w sali mat-fiz był drewniany i pylił – osiadające na tych nieprawdopodobnych rzęsach. Spojrzenie miał jasnobłękitne, spokojne jak woda i nie znające lęku. Na opalonych szczupłych nadgarstkach nosił wiecznie jakieś bransoletki, rzemyki, chujwieca. Był niewielki, ale zwrotny jak błyskawica. Wszyscy chcieli grać z nim w nogę. Potrafił podjechać na swych adiszonach do najpiękniejszej dziewczyny w klasie (miała prawdziwy, w pełni uformowany biust tudzież ślepia jak sarna) i zapodać coś tak błyskotliwego, tak bezwstydnego, że dziewczę oblewało się radosnym pąsem.

Do mnie nigdy tak nie podjechał. Byłam mała, ubrana bez gustu i obsmyczona á la Piast Kołodziej. No i te okulary.

Zima trwa i zbiera swe chujowe żniwo (czyt. Polakom jest zimno i są w związku z tym znacznie skłonniejsi, by nienawidzić się nawzajem. Ale temu narodu niewiele trzeba.)  Pomówmy zatem o przebudzeniu wiosny. A także o miłości.

Słodkogorzkie męczarnie dorastania, proszę Państwa. Cebulkowata woń zastąpiła mdły zapaszek niemowlęcia. Obłości chłopców, co stały się interesującymi kantami. Kanciastość dziewcząt nagle wygładzona niewidzialną dłonią. Zaprasza, by położyć tam własne dłonie. Pierwszy zarost na dziecinnej szczęce, miękki jak szczypiorek. Włosy chronicznie przetłuszczone, myte za rzadko. Drobne wiosenne piersi, dające o sobie znać spod luźnych T-shirtów (gros koleżanek wstydziło się strasznie!). Komiczne katusze mutacji. Witana z godnym wschodnich mędrców fatalizmem pierwsza miesiączka („Witaj w klubie comiesięcznej cholery” oznajmiła mi z kamienną twarzą niejaka S.) Ciała pulsujące od tajemniczych soków i równie niezgłębionych pragnień. Gdy w głowach pierwszy Doom na Amigę, wywoływanie ducha w ciemnym szkolnym kiblu. Wszystko przemieszane, wszystko nieostre. Byliśmy  – wszyscy razem i każde z osobna – dwunożnymi naczyniami jątrzącej, upojnej udręki. Nasze kończyny rosły jak głupie, bez ładu i składu. Niektórym również co innego rosło. Trzynastolatkowie zapuszczali hajra i wpinali w klapę kostki znaczek Nirvany. Trzynastolatki w skupieniu wpychały sobie do oka szczoteczkę od tuszu do rzęs. Nasze wnętrzności przewracały się jak karp na patelni, gdy w kadr wkraczał interesujący obiekt płci przeciwnej. Większość wciąż nie wzgardziłaby niedzielnym programem Disneya. Nawet ten Michał, kawał młodocianego draba, który miał kolczyk w uchu i kuratora na karku. Nasze dni wypełniały równania z dwoma niewiadomymi i gra w zbijanego. Nasze sny były wilgotne.

Snuliśmy się, nieszczęśliwi. Stawiając rzadkie jeszcze pióra na sztorc oraz pragnąc. Czego? Mało kto wiedział.

Posłuchajcie sobie tej nuty, nim zaczniecie czytać dalej. Primo: Emade ukręcił taki podkład, że mucha nie siada. Bo nie śmie. Nina Simone, „Four Women”, zapętlone. Jak owad w bursztynie, truskawka w śmietanie, sama słodycz na języku i migdały. Tak. A Bartosz Waglewski aka Fisz wielkim poetą jest. (Metr osiemdziesiąt z minutami. Wiem, bo widziałam.)
Imię jej: Heavi Metal. Tak, właśnie tak pisane.

chłopaki w klasie śnili o tobie
mieli niezłe osiągi sportowe
wygrali turniej klas w nogę
śnili o najdłuższych nogach w szkole

Nikodem miał złote włosy i złoty puch na policzkach. Patrzyłam nań kiedy się dało, ukradkiem. Do dziś pamiętam drobinki kurzu – parkiet w sali mat-fiz był drewniany i pylił – osiadające na tych nieprawdopodobnych rzęsach. Spojrzenie miał jasnobłękitne, spokojne jak woda i nie znające lęku. Na opalonych szczupłych nadgarstkach nosił wiecznie jakieś bransoletki, rzemyki, chujwieca. Był niewielki, ale zwrotny jak błyskawica. Wszyscy chcieli grać z nim w nogę. Potrafił podjechać na swych adiszonach do najpiękniejszej dziewczyny w klasie (miała prawdziwy, w pełni uformowany biust tudzież ślepia jak sarna) i zapodać coś tak błyskotliwego, tak bezwstydnego, że dziewczę oblewało się radosnym pąsem.

Do mnie nigdy tak nie podjechał. Byłam mała, ubrana bez gustu i obsmyczona á la Piast Kołodziej. No i te okulary.

ja kończyłem na ławce rezerwowych
starałem się, by wstydu nie narobić
pan od w-fu brzuszek wydatny
podglądał cię w damskiej przebieralni

Każdy wuef był dla mnie – pulchnej, chyba cokolwiek zapóźnionej psychomotorycznie, straszliwie nieśmiałej – prawdziwą przymiarką do pobytu w dżunglach Wietnamu. Gdybym wonczas znała film „Full Metal Jacket”, paralela między mym losem a przypadkami bohatera nasunęłaby mi się z wielką siłą.

Brylowałam na polskim oraz na plastyce. Pewnego słonecznego dnia pan od rysunku, przeleciawszy spojrzeniem po klasie wyłowił z nastoletniej gęstwy ten przypadek strzelistej urody męskiej. Ujął Nikodema za kark niczym kota, usadził na swoim biurku i kazał nam rysować.

W ruch poszły ołówki, wysunięte w skupieniu języki oraz ciche klątwy.

Po jakiejś półgodzinie koleżka Tymek nieproszony przylazł i pochylił się nad moją kartką. Nie lubiłam koleżki Tymka. Był wprawdzie w Mensie i poproszony, chętnie tłumaczył mi matmę. Ale za to nie mył się prawie nigdy. Nikt nie wiedział, czy on z natury jest taki szarawy, czy po prostu pokryty skorupą.

– Ja pierdolę! – ogłosił koleżka Tymek w szczerym uniesieniu. – Ciapek (nom de guerre Nikodema), ty naprawdę tak wyglądasz!

Jak mogło być inaczej? Znałam na pamięć każdą krzywiznę tego szczupłego ciała, nieosłoniętą spodenkami od wuefu. O tym, co osłonięte, często rozmyślałam. Każde ironiczne zmrużenie bladych ślepiów zapadało we mnie jak muszla w miękki less. Każde urokliwe wydęcie pełnych warg.

Bóstwo zeskoczyło wdzięcznie z postumentu i obdarzyło me dzieło uwagą. Następnie omiotło wzrokiem Yours Truly. Serce ciskało mi się po klatce jak wieprzek, który wie, że idzie na rzeź.

– Te buty – zwrócił mi słuszną uwagę Nikodem. – Źle narysowałaś buty. To nie są adiki. To są najacze.

pan bóg cię stworzył, szatan opętał
słuchało się sodom i anthrax
twoja sukienka ogromny skandal
opowiadały zazdrosne dziewczęta
że za tauzena zrobisz to, tamto
zbierałem lata, nie było to prawdą.

Słuchałam wtedy „Nevermind” Nirvany, przegranej z oryginału na kasetę BASF. Zajechałam tę taśmę do szczętu. Rozdzierająco smętny głos wokalisty znakomicie współgrał z moim ogólnym stanem duchowym.

Pewnego razu w maju stanęłam w ogniu podczas lekcji geografii. Tym razem nie była to miłość, ale grypa. Nie dano mi pogorączkować sobie w spokoju. Zatrwożona geografica zadała klasie pytanie:

– Kto z was mieszka blisko Niny i może odwieźć ją do domu?

– No, ja – powiedział z niechęcią Nikodem.

Sala wydała z siebie przeciągłe a złośliwe: „Aaaaaaaa!” Płonęłam. Płonęłam.

na korytarzu mgła twoich perfum
pan bóg ją stworzył, szatan opętał
my ciągle tego nie robiliśmy
choć dużo sami trenowaliśmy
pan bóg ją stworzył, szatan opętał
ZX spectrum i heavi metal

ktoś rozpowiadał w szatni naokoło
że paznokciami wbijasz się głęboko
pierwszy spalony, pierwszy rzut rożny
w autobusie tłok był ogromny
płomień bebechy mi spalił
kiedy na plecach czułem twój stanik

Trzynastoletni chłopcy nie używają wód kolońskich. To śmierdzące nieporozumienie zaczyna się trochę później. Zapach Nikodema wypełniał mi nozdrza. Biologiczne warfare. Staliśmy w niezręcznym milczeniu na tzw. kole starego ikarusa, który jęczał i drżał. Podobnie jęczało moje serce. Skapywały bezcenne minuty podróży, a ja nie powiedziałam jeszcze nic błyskotliwego!

– Wiesz co – zaczął od niechcenia mój towarzysz – chyba zapomniałem biletu. Nawet na pewno zapomniałem.

Wciąż milcząc, wyjęłam z portfela papierowy świstek (matka dbała, bym miała zapas) i z półuśmiechem drżącym jak tajemnica, co wypełniała me serce wsunęłam go do blaszanego kasownika.

Trzask. Wypukła konstelacja dziur.

Czułam się tak, jakbym podjechała do niego czerwonym Ferrari i otworzyła drzwiczki. To było bezbrzeżnie upajające. Pierwszy raz mogłam coś dla tego cudownego młodego mężczyzny zrobić!

Potem rozmowa jakoś się skleiła. Nabrała wigoru. Do mojego przystanku dojechaliśmy, żartując na tematy, których za Chiny Ludowe nie pomnę. Ludzie, to było osiemnaście lat temu. Nikodem – rozluźniony i pełen wdzięku, jak to on. Ja – niewiele widząca, jeszcze mniej myśląca, gdyż mózgowie otulało mi trzydzieści osiem i sześć.

Stanął na metalowym stopniu, gotów zeskoczyć. Powiedział z okrutnym błyskiem w jasnych oczach: – Popatrz no tutaj.

Pokiwał mi przed twarzą oprawionym w ramkę biletem miesięcznym. I umknął, chichocząc.

istny babilon
krew na ścianach i ku klux klan

Potem nie kochałam się już więcej w Nikodemie.

Zakochałam się natomiast w Krzyśku. Był najwyższy w klasie, miał jeża oraz przedramiona całe w wypukłych żyłach. Do dziś doznaję wewnętrznego drżenia na widok takich żył.

Pamiętam, jak pewnego razu udało mi się uciec z wuefu. Przekiblowałam ów straszny czas w szatni, w podziemiach, gdzie z jakichś zawiłych logistycznych przyczyn jeszcze przed chwilą przebierali się chłopcy. Patrzyłam na porzucone niedbale lenary Krzycha z na wpół wywleczonym ze szlufek paskiem i snułam nieczyste, bardzo nieczyste myśli.

to był koniec, koniec podstawówki

sukienka słynna i kolanówki
mówiłem sobie, ach tam podejdę
powiem w oczy, jak bardzo cierpię
z grubej rury od razu zacznę
poliżę szyję jak jakiś znaczek
lecz zamiast tego mrugnąłem nieśmiało
machnąłem ręką, poszedłem na rambo

Fizyczność Krzyśka była imponująca, lecz zawartość jego czerepu pozostawiała trochę do życzenia. Na polskim ślęczał na tekstem pisanym z wyrazem bezdennej bezradności na swej urodziwej męskiej twarzy. Polonistka ustawicznie sztorcowała go za kończenie zdań w wypracowaniach słówkiem „ponieważ.”

– Zapomniałem, co tam miało być dalej – mitygował się Krzysiek, skrobiąc dłonią ostrzyżony łeb.

Nikodem był złośliwym, bystrym małym chujkiem. Krzyś natomiast był troglodytą. Kiedyś na moich oczach zabił pszczołę.

– Czemu to zrobiłeś?! – głębokie rozżalenie przebiło nawet mą paraliżującą nieśmiałość.

Krzych spojrzał na mnie szarymi ślepiami, w których nie było blasku.

– A bo mnie wkurwiała – powiedział.

Zrozumiałam, że ta relacja nie ma przyszłości.

pan bóg ją stworzył, szatan opętał
ZX spectrum i heavi metal
słuchało się sodom i anthrax
twoja sukienka, ogromny skandal

Czego nas uczą pierwsze miłości? No właśnie, czego?…

11 thoughts on “Czego nas uczą pierwsze miłości

  1. Pierwsze miłości przygotowują nas na kolejne miłości. Ja zdecydowanie za późno odkryłem urok pierwszej miłości, zważywszy, że miałem już wtedy za sobą ponad dwuletni związek.

  2. Pierwsza miłość do jednostki z krwi i kości trafiła mnie na początku szóstej klasy podstawówki. Jej obiektem był osobnik dwa lata starszy i, z perspektywy czasu, interesujący jak cegłówka. Rozmawiałam z nim półtora raza, głównie zaś polowałam na niego na przerwach i, mijając na korytarzu, próbowałam chociaż otrzeć się rękawem o jego rękaw. Nie mam pojęcia, co w nim widziałam, grunt, że takich rozterek i emocji nie przeżywało się co pięć minut. Zresztą ja byłam zasadniczo osobą z gruntu uczuciowo stałą, więc szał hormonalno-emocjonalny pod adresem wyżej wymienionego trwał dobre dwa lata, nawet, kiedy gość skończył już podstawówkę i wyprowadził się cholera wie gdzie. Dopiero pod koniec klasy siódmej poznałam faceta (starszego dla odmiany o lat pięć) i z nim nawiązałam już znajomość faktyczną i pełnowymiarową, która potem przekształciła się w mój pierwszy uczciwy związek. Czy to pierwsze, podstawówkowe zakochanie w odległym bożyszczu mnie czegoś nauczyło? Wątpię. Bo ani obcowania z drugim człowiekiem, ani żadnej prawdy o własnych uczuciach. Głównie nauczyło mnie godzić się z rozczarowaniami i w miarę realistycznie oceniać sytuację 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *