Ciało. Kronika zmagania

Zaczął kupować damskie ciuszki – mikrokoszulki, plisowane minispódniczki – i pokazywać mi je, mówiąc:
– Gdybyś schudła, mogłabyś to nosić.

Potem wrzasnął mi w twarz, że gdy zaczynaliśmy ten związek, miałam na brzuchu jedną fałdę, a teraz mam dwie i on się czuje Oszukany.

To nie będzie przyjemny wpis. To nie będzie sympatyczny wpis. Zapewne parę osób się do mnie zrazi. Nigdy nie miałam złudzeń, że jestem szczególnie sympatyczną osobą; ludzie jako gatunek budzą we mnie sceptycyzm i nieufność, kredyt zaufania przyznaję nielicznym, dawkuję owo zaufanie po aptekarsku (bo co, jeśli ktoś to wykorzysta i mnie skrzywdzi?) zaś jak już go wycofam – to pozostaje wycofany, choćby skały oddawały się czynnościom defekacyjnym. Krzywda z rąk drugiego człowieka przecina mnie do kości i jestem skłonna wiele poświęcić, byle jej uniknąć.

Jakie mam zalety? Inne.

Nie jestem więc sympatyczna. Za to jestem szczera, przynajmniej, jeśli o mnie samą chodzi. Czy to dobrze? Nie sądzę. Podejrzewam, że wywnętrzając się na tym blogasku nigdy nie znajdę chłopaka, ponieważ mężczyźni lubią kobiety pogodne i nieskomplikowane, a ja mam wręcz odwrotnie.
Lecz lekkomyślna otwartość w mówieniu o rzeczach trudnych jest częścią mnie równie zasadniczą, co burobłękitny barwnik oczów i nie widzę sensu, by z nią walczyć.

Mały disclaimer – wszystko, co znajdziecie pod tym zdaniem stanowi zapis wyłącznie moich odczuć, moich potrzeb, moich wartości życiowych. Ja ja ja ja ja. Nie pretenduję do miana ani psycholożki, ani socjolożki, ani żadnego innego speca. Dysklejmuję nauczona doświadczeniem – zarzucono mi kiedyś, że Jestem Podła, bo pisząc, iż sporo przytyłam, podaję dokładną liczbę: 20 kilo. Tymczasem zarzucacz utył więcej i moje sformułowanie z jakichś przyczyn osobiście go ubodło.

Nie planuję bóść nikogo – po prostu opowiem wam, jak się ostatnio czuję. Niemal nic innego nie robię od początku powstania tego bloga.

Ciało.
Długo było jednym wielkim wstydem, żalem i niepewnością. Pierwszy raz pomyślałam, że jestem gruba, obserwując smukłe kończyny koleżanek z klasy na basenie; miałyśmy wtedy po siedem lat. Trafiło mi się nadprzeciętnie wiele koleżanek o budowie astenicznej, zaś nogach, co na całej długości były mniej więcej tej samej grubości – jak dwa pory. Gdy ja miałam uda. Wyraźne i wydatne, nawet przed okresem dojrzewania. Okropnie się z nimi czułam.
Nie było nikogo, kto by mi powiedział, że to normalne, że to się zdarza. Były lekcje wuefu, na których wciąż i wciąż potykałam się o własne nogi. Był prezent gwiazdkowy – pastelowa bluza od babci, podobna do wielkiego jaśka (gdy wracałam w niej z warzywniaka, całą drogę szedł za mną jakiś typ i szeptał: ej, ty gruba, daj pieniądze.) Była S., która chodziła za mną i namawiała, żebym wyjęła ten golfik ze spodni, bo jestem pękata.

Pierwszy raz naprawdę piękna poczułam się w wieku lat szesnastu, gdy zrzuciwszy ciuchy stanęłam przed lustrem. Nie bardzo już pamiętam, jak mianowicie wtedy wyglądałam – wiem tylko, że oślepiająco doskonale.

Zapewne zajechałabym daleko w tamtym blasku, gdyby nie niejaki Stefan. Oznajmił mi, że pała uczuciem i wogle, wobec czego zostaliśmy parą. Pamiętam, że nie kochałam go wtedy, na samym początku zbyt przesadnie. Kierowało mną granitowo niewzruszone przekonanie, iż nikt inny nigdy nie pokocha mnie, że to przecież Całkowicie Oczywiste – więc nie za bardzo mam wyjście poza Stefanem a dożywotnim celibatem. Zasadniczo był pierwszą w całym moim życiu osobą, która twierdziła, iż daje za mnie faka, więc uwierzyłam mu bez zastrzeżeń.

Spędziliśmy razem siedem czy osiem lat – nie pomnę już dokładnie. Coś, co zaczęło się jak słodko-gorzkie, być może nawet nieco zabawne nieporozumienie w stylu shojo anime, z czasem – pomalutku, podstępnie, bezgłośnym żmijowym ślizgiem ewoluowało w przemocowy związek. Stefan był albo ciężkim, naprawdę ciężkim pojebem, albo wyjątkowo przemyślnym psychopatą. Z jednej strony twardo utrzymywał, iż jestem cudowna, przewspaniała, słońcem i księżycem jego życia; z drugiej wciąż i wciąż częstował mnie marchewką na kiju. Moje rachityczne poczucie własnej wartości trzepotało za każdym razem, gdy ów mądry, dobry empatyczny chłopak miał do mnie jakieś zastrzeżenia.

Powiedziałam tę Kompromitującą Rzecz i wszyscy jego znajomi się na mnie Tak Spojrzeli. Zaśmiałam się za głośno, narobiwszy mu Wstydu. W ogóle mówiłam za głośno i cała byłam trochę za bardzo. Zwłaszcza cieleśnie. Stefan trzepał freda do japońskich kreskówek o płaskich, filigranowych wiecznych trzynastolatkach, co piszczały cienkim głosem i generalnie wydawały mi się upośledzone.

Nigdy nie chciałam być głupkowatym dziewczęciem. Chciałam być Kobietą – bujną, po monarszemu dostojną, budzącą respekt. Stefan miał jednak inne gusta, zatem starałam się dostosować.

– Znowu jesz. Tak to nigdy nie schudniesz! – wzdychał boleśnie nad moim talerzem. Miałam wielką ochotę powiedzieć Stefanu, że owszem, tak, ludzie czasem jedzą, większość nawet robi to trzy razy dziennie. Ale zupełnie nie miałam wiary, że moje zdanie jest coś warte. Że moje samopoczucie jest tu jakkolwiek istotne. Nie tak mnie wychowano.

Stefan pracował nade mną z całych sił.
– Uważam, że jesteś piękna. Ale mogłabyś być piękniejsza.
– Czy ty musisz to zakładać/nosić? Ta sukienka/ta fryzura/to (cokolwiek, czego zapragnęłam w dziedzinie wyglądu) dobrze wygląda raczej na drobnych dziewczynach, wiesz.
– Te twoje balerinki kojarzą mi się z tańczącą hipopotamicą z Disneya.

Ponadto spędzał godziny na 4chanie i kontestował tam rzeczywistość, ze szczególnym upodobaniem drąc łacha ze zdjęć grubych kobiet.

Zaczął kupować damskie ciuszki – mikrokoszulki, plisowane minispódniczki – i pokazywać mi je, mówiąc:
– Gdybyś schudła, mogłabyś to nosić.

Potem wrzasnął mi w twarz, że gdy zaczynaliśmy ten związek, miałam na brzuchu jedną fałdę, a teraz mam dwie i on się czuje Oszukany.
Potem oznajmił, iż skoro nie spełniam jego ideału kobiety, to on zostanie tym ideałem sam dla siebie i zaczął się w te wszystkie mikroskopijne szmatki sam ubierać. Kupił sobie pończochy. Potem gorset.

Na tamtym etapie moje poczucie atrakcyjności własnej nie szorowało już po chodniku. Ono chodziło kanałami, jak powstańcy. Lecz miałam to Niewzruszone przekonanie, że jak nie ten porąbany typ, to nikt nigdy itp. zatem agonia związku trwała długo.

Potem trochę zbyt szybko władowałam się w kolejny, paroletni, który pod pewnymi względami wspominam bardzo miło, a pod pewnymi całkiem źle. Mój drugi eks twardo wierzył, iż mężczyźni są z Marsa, zaś kobiety ze Snickersa. Wyobrażacie sobie, jaki mur to zbudowało między nami. P. pomógł mi się jednakże podźwignąć po jebanym Stefanie, obśmiewając sposób życia i poczynania tegoż w stylu bardzo koszarowym. Zapewne było to koszmarnie wręcz crossdresofobiczne i w ogóle niegodne, ale jak sobie wyobrażacie – pomogło.

Tuż przed trzydziestką zostałam singlę i wtedy wreszcie zaprzyjaźniłam się z moim ciałem. Entuzjazm rozmaitych, często słabo mi – bądź w ogóle – nie znanych mężczyzn zaleczył blizny po latach upokorzeń. Wiedziałam już, że jestem piękna i nauczyłam się czerpać z tego faktu korzyści, zażywać cielesnej frajdy ile wlezie. Zapewne byłam zbyt spontaniczna i beztroska jak na światopoglądowe ramki przeciętnego Polaka płci przeciwnej. Jako, że nie czekałam z tym seksem do trzeciej randki niczym z cukiernicą ukrytą w kredensie, moim chłopakiem to jakoś jeden z drugim nie chciał być. Czasem myślę, że zapewne niewiele straciłam, ale wonczas było mi nieco smutno.

A potem to ciało – tak długo niekochane, ignorowane, poddawane bezlitosnym ocenom i wydumanym presjom, skorupka moja, o której prawo do radosnego, pozbawionego poczucia winy istnienia w przestrzeni publicznej i emocjonalnej walczyłam tak długo – zaczęło się psuć. Zaczęło mnie zawodzić.

Teraz, już od bardzo długiego czasu – może roku, może dwóch?… nie jest mi darem i powodem do radości.
Mam wrażenie, że stało się amorficzne, że zatraciło wszystkie swoje bujne a ponętne (mam na to recenzje) kształty, że puchnę i rozdymam się niekontrolowanie, by w końcu eksplodować w deszczu mięsa jak Tetsuo. Kiedyś lubiłam swoje piersi. Teraz myślę o nich per „wymiona.”

Przeraża mnie, że tyję nieprzerwanie, w nadprzyrodzonym tempie, jakby ktoś przyśpieszył film. Moje ubrania z zeszłego lata co roku są za małe. Mam maszynę do szycia, zręczne rączki i pomyślunek, natomiast nie mam pieniędzy. Ani grosza. Zatem kombinuję.

Stanika nie da się przerobić na maszynie.
Wiecie, jak drogie są biusthaltery dla ludzi o wielkich, ciężkich piersiach? Bylibyście zdumieni. Wiecie, jaki to uczuć, gdy zaciskając zęby płacisz – nie za to, co ci się naprawdę spodobało, lecz za to, na co cię stać – wiedząc dobrze, że za rok będziesz musiała kupić większy?
Nie wspominam tego uczucia najcieplej.

Jest lato, co dla mnie oznacza festiwal ulewnego spływania potem, wszędzie i bez ustanku. Kupiłam sobie za ostatni pieniądz nader frymuśne koronkowe rozdzielacze do ud (zacierały się do krwi.) Przy takich upałach moje ciało jest jak masło. Koronka zatarła mnie do krwi.

Mimo wszystko trzymałam się dzielnie. Mój bąbelek towarzyski przypomina dobrze przystrzyżony trawnik, próżen jest mentalnego syfu, którym z upodobaniem obrzucają się nasi bliźni. Mam na głowie tyle – szkolenia w nowej pracy, które przeciągają mój mózg przez wyżymaczkę, związanie końca z końcem – że nie miałam czasu martwić się tym za bardzo.

A potem trzasnęła mnie choroba. Brzydka choroba, którą widać. Nie weneryczna (nie panikować mi tam.) Choroba skóry. Polubiła mnie i chyba już tu zostanie.

Dermatolożka patrzyła na mnie jak na coś, co przywarło do podeszwy jej buta, cedząc przez zęby uwagi o „nadmiarze ciała.” Gruby człowiek zawsze i wszędzie jest chory wyłącznie na grubość, proszę przestać być grubym do piątku i po krzyku.

Dostałam jednak receptę – maleńkie tubki maści za sumę, za którą potrafiłabym przeżyć tydzień. Muszę sobie wybrać jakieś jedno miejsce na ciele i je leczyć. Bo na całe nie starczy.

I to mnie ostatecznie dobiło. Ignorowałam tłuszczofobiczny syf w głowach bliźnich i niosłam wysoko ten sztandar wywalczonego (o, jak drogo wywalczonego) prawa do szczęścia. Prawa, by czuć się atrakcyjną i pożądaną.

Teraz jakoś nie potrafię. Całą ciałopozytywność, całą zbroję z dobrych, przyjaznych myśli, które latami ciułałam po jednej – szlag trafił. Wszystko, co najbardziej w sobie lubiłam zostało mi odebrane. Czuję się zdruzgotana. Czuję się brzydka.

Wiecie, w chwilach większej dzielności przypominam sama sobie, iż ludzie brzydsi ode mnie jakoś przecież żyją. Miewają miłości, związki. Ale JAK oni to robią, do licha? Przecież nikt, absolutnie nikt nie jest zainteresowany kobietą z powodu jej – ha, ha – wnętrza.
Najpaskudniejszy z wewnętrznych głosów naszeptuje, iż skoro byli brzydcy od zawsze, to mieli czas się przyzwyczaić. Ja spadłam z wysokiego konia.

To jest ten moment, gdy następują odlajkowania i kąśliwe uwagi w komentarzach. Zdaję sobie z tego sprawę.

Na dobre czy na złe, moje poczucie wartości własnej splecione jest silnie z wyglądem, jaki przybiera moje ciało. Moje samopoczucie – z ilością seksualnego zainteresowania, które wzbudzam i związanych z seksem aktywności, jakie prowadzę. Gdy tego brakło – zabrakło mi filara, by się na nim wesprzeć. Czuję się wydrążona i bardzo, bardzo słaba.*

Mam takie niewzruszone, granitowe poczucie, że nikt, absolutnie nikt będący przy zdrowych zmysłach nie chciałby kochać się z kobietą, która ma chorobę skóry. Mam wrażenie, że dla mnie życie już się skończyło. Zostałam magicznie zmieniona w opuchniętą, przegraną, doskonale niewidzialną sześćdziesięciolatkę. Po ptakach.

Mogę walczyć z erratycznością i bezwładem mięsa środkami, jakie zna niemal każdy. Słowo „artysta” i słowo „sztuczny” nie na darmo mają w łacinie wspólny źródłosłów. Mogę się pomalować na cal grubo, postawić sobie włosy na sztorc. Przywdziać wszystkie moje najpiękniejsze kiecki naraz. Lubiłam kiedyś robić sobie zdjęcia i może jeszcze wrócę do tego, kto wie.
Ale mam wrażenie, że odebrano mi – mnie. Że wysiedlono mnie ze mnie. Że już nigdy przed nikim się nie rozbiorę.

* Wyprułam się emocjonalnie pisząc ten post, więc w komentarzach mnie nie będzie. Bawcie się ładnie, bo wyrzygi będą usuwane.

Wum w wieku lat 26 czy jakoś tak. Tak właśnie wyglądałam, gdy moja otyłość zniszczyła szczęście Stefana.

14 thoughts on “Ciało. Kronika zmagania

  1. Nie zraziłam się 🙂
    Ludzka rzecz i zupełnie powszechnie spotykana. Myślę, że teraz bardzo potrzebujesz bliskich ludzi wokół siebie, żeby przetrwać ten dół/kryzys. Trzymaj się!

  2. Czytuję Cię od dawna i przeraża mnie, jak wiele punktów stycznych potrafi się znaleźć w życiach ludzi, którzy nawet koło siebie nie stanęli. Trafiasz w bolesne, niezaleczone, które może kiedyś się podgoi. W takich sytuacjach wszyscy jesteśmy gotowanymi żabami.
    Jedyne co mogę to przesłać pozytywną energię, choć sama za wiele jej nie mam (banał jak cholera, ale cóż pozostało).

  3. Stefan byl totalnym zjebem i zapewne w piekle juz czeka na niego uszykowany specjalny pokoik z odpowiednim programem tortur psychicznych.

    A co do choroby skóry to nie zrazaj sie tak szybko, ja tez walczylam 3 lata ze strasznymi, czerwonymi, luszczacymi sie plamami na twarzy za pomoca masci przepisywanej przez dermatologa – z marnym skutkiem. A potem powiedzialam „dosc” i przerylam internetowe fora gdzie ludzie opisywali podobne problemy i okazalo sie, ze mala tubka masci ZA GROSZE, i to tylko JEDNA tubka, pomogla i jest teraz dobrze od kilku juz miesiecy. Po prostu diagnoza lekarza byla zla.
    Spróbuj isc do innego lekarza, prosze!

    • Jak najbardziej popieram pójście do innego dermatologa- jest to specjalizacja, w której jest naprawdę mnóstwo konowałów, którzy nie mają pojęcia, co robią (mojego naczyniaka dwie panie w LuxMedzie, w Warszawie, 160 złotych za wizytę, zaczęły przekłuwać igłą, żeby zobaczyć, CO TO- a ja omało nie zeszłam z bólu.) Na Koszykowej jest klinika dermatologii- państwowa- spróbuj tam. Trochę się pewnie czeka, ale warto się zapisać, mnie tam zdiagnozowano i zoperowano, i pamiętam, że poszło dość szybko (niestety nie pamiętam nazwisk lekarzy, bo to było z 10 lat temu, ale ja tam w sumie poszłam z ulicy, nie znałam nikogo.) Jest 2018 rok, a Ty jesteś młodą laską- wiem, jak się czujesz, ale to nie jest tak, że już mogiła, jesteś skazana na tę chorobę do końca Twoich dni. Nawet, jeżeli teraz tak Ci się wydaje. Potrafię sobie wyobrazić, jak się teraz czujesz i ślę Ci tyle dobrych myśli, ile tylko potrafię… Nie chcę Cię częstować komunałami, bo pewnie bardziej by irytowały, niż pomogły, ale nie wolno Ci dać za wygraną. Nigdy. Nie zapominaj, że jest bardzo dużo osób, które w Ciebie wierzą i nigdy nie przestaną, i ja jestem jedną z nich- taka tam randomowa Agnieszka z Internetu, z nieźle pokopanym życiem… 😉 P.S. Czy znasz książkę „Mała Księżniczka” Frances Burnett? Ja wiem, że to teoretycznie lektura dla idealistycznych podlotków, ale ja lubię do niej wracać w dorosłym życiu- pamiętam, że gdy wszystko mi się zawaliło, bardzo mi pomogła…

  4. Mam 28lat, 25kg nadwagi, epizody depresji, bulimii, jem kompulsywnie,lecę na antydepresantach które nie działają, zbieram forsę. Na terapeutę. Co kiedy już przed 30stką człowiek czuje się martwy ale jednak nadal nieznośnie żywy? Dodam że jestem w udanym związku, mój mężczyzna mnie akceptuje. Ja bronię się przed dotykiem, przed zapalonym światłem. W lustrze widzę nieszczęśliwego potwora a w jego wnętrzu zagubioną dziewczynkę której zawsze dawano do zrozumienia że powinna być inna niż jest. Przed każdym spotkaniem towarzyskim umieram ze strachu przed oceną i brakiem akceptacji. Sił coraz mniej. Myślałam że z wiekiem się wyrasta, w moim przypadku niepewność rośnie wraz z wiekiem i wagą. Nie pocieszyłam, wiem. Ale może trochę Cię rozumiem… Przytulam Cię ciepło

  5. E, z tą brzydotą od zawsze to tak nie działa. Nie da się przyzwyczaić. Po prostu od zawsze kurczowo trzyma się się takich stefanoidalnych pojebów, którzy akurat łaskawie zwrócą ócz swych szafiry na nasz szpetny ryj, albo jest się samemu i nawet nie próbuje tego zmienić, gdyż albowiem, z czym do gości. Ja też nie mam pojęcia, w jaki sposób nieładni ludzie zawierają szczęśliwe związki. Jedyne wyjaśnienie, że w swoim mniemaniu są ładni i tak właśnie żyją, jakby byli.
    Tym bardziej im zazdroszczę.

  6. Brzydota istnieje tylko w naszym mózgu. Za młodu byłam wysoka i szczupła, ale ciągle się chowałam, garbiłam, bo wstydziłam się swojego wzrostu, uważałam, że mam zero biustu i (o zgrozo!) cellulit, wstydziłam się rozebrać na basenie, zawijałam ręcznikiem. Teraz moje ciało zmienia się pod wpływem wieku i siły ciążenia, i z rozrzewnieniem wspominam to dawne wiotkie młode ciało. Kompleksy i jeszcze raz kompleksy, to niepotrzebny balast zatruwający życie, bo przychodzi starość i naprawdę wtedy nie poznajesz się w lustrze. Jest wiele kobiet nieładnych, które są pewne siebie, eleganckie, czy wyrabiają własny styl. Coco Chanel była brzydka, Pani nasza Irena Eris nigdy nie była pięknością i jeszcze miała problemy ze skóra. Nie ma ludzi idealnych i to dotyczy również facetów. Jest dużo facetów, którzy nie kierują się wyglądem, ale tym jakim jesteś człowiekiem. Trzeba jednak wyjść do ludzi, bo internet nie należy to tych miejsc, gdzie można kogoś poznać – pierwsze pytanie – jak wyglądasz, drugie pytanie – wyślij zdjęcie i koniec rozmowy. Życzę zdrówka:)

  7. Gdy zachorowalam kilka lat temu na bielactwo to sie zdziwilam, ale nigdy do ciala przwywiazana nie bylam to olalam, nie chodze w krotkich spodenkach. Ale gdy rok temu przypaletala sie druga choroba skory i zarazem choroba auto to poczulam sie zdradzona. Zdradzona przez wlasne cialo. Boli jak cholera.
    Oprocz rad ww. by isc do innego dermatologa, ja mam rade by zmienic diete – ograniczyc nabial i np. gluten. U mnei to troche wstrzymalo dzialania. I tak, fora sa najlepsza pomoca bo tam sa tak samo cierpiacy i szukajacy jak my. I czasami metodą prob i bledow cos fajnego znajduja 😉
    Powodzenia

  8. Wumie, tulam mocno i trzymam kciuki za Twoją wygraną. Choroby skórne z reguły nie są wieczne. Na pewno warto spróbować z innym lekarzem, a także pokombinować z dietą. Odstawienie cukru i glutenu nie jest głupim pomysłem. Podobno też bardzo dobre efekty daje dość drastyczna dieta zwana dietą Dąbrowskiej. Działa na różne schorzenia, ale też efektem jakby ubocznym jest zdecydowana poprawa przy problemach skórnych. Potwierdzone przez dwie znajome, które tą dietę stosowały. Mniej więcej rzecz polega na tym, że jedziesz na warzywach i z dość niską podażą kalorii. Ponoć sztuką jest przetrwać kilka pierwszych dni a potem już jakoś idzie. Możesz spróbować, jeśli Cię to nie odrzuca. Mnie odrzucało kilka lat, ale właśnie za parę dni zamierzam zacząć, bo moje zdrowie też mi trochę dosoliło.
    Nie daj się złym myślom!
    Ps. Stefan był zupełnym pojebem. Życie mu się odwdzięczy, w sumie to pewną karą jest już fakt, że takie indywidua muszą żyć same ze sobą.

  9. Wumie kochany! Jesteś cudownym, nieprzeciętnym, pięknym człowiekiem! Podczytuje Cię już długo, ale dziś pierwszy raz zostawiam komencik. Jakbym była facetem to natychmiast poprosiłabym Cię o rękę. Jestem pod wielkim wrażeniem twojej osoby, twojej elokwencji i inteligencji. Taka kobieta zdarza się raz na tysiące, możesz być i trędowata i tak jesteś diamentem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *