Być jak Tyler Durden

brad_pitt_edward_norton_tyler_durden_faces_m21080

Właściwym stanem towarzyszącym rozczarowaniu jest wściekłość.

Nie smutek, albowiem smutek osłabia. Włazi w kolana i wypełnia je galaretą. Nic nie zdziałasz, mając po jednej apatycznej meduzie w każdym z kolan.

Nie żal. Żal jest bzdurnym, francowatym uczuciem. Wołającą o pomstę stratą czasu i kalorii. Nikogo na tym padole śmiecia nie obchodzi twój żal, człowieku. Twe wysoce niefotogeniczne wzdychanie do księżyca, kiedy to wydaje ci się, że prezentujesz się niczym Mickiewicz na Judahu skale, podczas, gdy wyglądasz jak cipa. Twoje zasmarkane „Co takiego zrobiłem źle”, skamlące „Co by było, gdyby.” Znajdźcie mi jedno konstruktywne zastosowanie dla żalu. Jakiekolwiek. Mogłabym ufundować nagrodę dla tego, kto na nie wpadnie.

Nie refleksja.

Z refleksjami w ogóle to jest tak: nazywają się mądrze i noszą piętno działalności o charakterze intelektualnym, więc każdy  jest raczej dumny, że je ma. Tymczasem nic dobrego nie może wyniknąć z intensywnego wgapiania się we własny pępek. Wpatruj się w ten kubeł mydlin dostatecznie długo, a wszystkie twoje starannie pielęgnowane zmory wypłyną na powierzchnię. Jak zdechłe płocie. Oto dojmujący brak poczucia własnej wartości. Oto i najgłębiej zamontowane przekonanie, iż jesteś cienki i na żadne przyjemności życia nie zasługujesz. Nawet na te z tych drobniejszych. Kto ma, temu będzie dane, zaś kto nie ma, wyleci z plaskiem na ryj z każdego bankietu, wcześniej czy później. Czy to właśnie chciałeś zobaczyć? Jeśli tak, to gratulujemy.

Wściekłość jest uczuciem prostym. Nie ma w niej miejsca na pokrętne implikacje. Podpalasz coś i patrzysz, jak wzmaga się płomień.

Wciągasz tłusty, cuchnący dym do płuc. Możesz nawet zakopcić szluga, jeśli nie przeszkadzają ci tautologie.

Podpal swoje ślamazarne serce.

Bądź twardy jak kamień szlifierski. Bądź jednowymiarowy. Bądź tak śliski, żeby nikomu nie udało się ciebie uchwycić, już nigdy. Nie polecisz więcej na obietnicę darmowych ciasteczek. W całym wszechświecie nie ma czegoś takiego jak darmowe ciasteczka, a ty się właśnie o tym dowiedziałeś. Niech ta wiedza uczyni cię nieskomplikowanym, ostrym jak kawał stłuczonej szyby i nie rzucającym cienia.

Plan na życie: zostać wesołym socjopatą.

 

*Post dzisiejszy sponsoruje oczywiście Chuck Palahniuk, autor najlepszej jebanej książki, jaką czytałam od nie wiedzieć jak dawna – bezlitosna perfekcja i ani jednego słowa ponad to, co absolutnie konieczne –  oraz grupa Tool.

Polecam grupę Tool. Te chłopaki znają się na gniewie jak mało kto:

 

Quod me nutrit me destruit

Lat temu już z naście, w  epoce podfruwajkowych uniesień płochego serca lubiłam taką oto piosenkę:

Dałeś mi Panie zbroję
Dawny kuł płatnerz ją
W wielu pogięta bojach
Wielu ochrzczona krwią
W wykutej dla giganta
Potykam się co krok
Bo jak sumienia szantaż
Uciska lewy bok

Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja

Magicznych na niej rytów
Dziś nie odczyta nikt
Ale wykuta z mitów
I wieczna jest jak mit
Do ciała mi przywarła
Przeszkadza żyć i spać
A tłum się cieszy z karła
Co chce giganta grać

Ten tu zachował hełm i miecz, za to nos go swędzi.

Ten tu zachował hełm i miecz, za to nos go swędzi.

Dalej są jeszcze ze trzy zwrotki, o które mniej dbam, gdyż rzecz bardzo wyraźnie skręca w nich ku Ojczyźnie. Ojczyzna nigdy mnie specjalnie nie ekscytowała. Być może przykre, ale to fakt. Miast babrać się  w znanym i opisanym przez najświetniejszych syndromie Mesjasza Narodów, rozważać mozolnie ten neurotyczny kłąb uświęconych przez czas urojeń oraz roszczeń – wolałam tekst przywołany powyżej odczytywać dosłownie: jako opowieść o wielkiej, jebanej zbroi. Demonicznym artefakcie, ukutym w kuźniach jakiegoś fantastycznego księcia lokalnej ciemności. Noszona daje wprawdzie  +100 do ciosu oraz + infinity do charyzmy, ale za to nie daje się zdjąć. Ciemny książe dobrze to obmyślił. Upiorna stal zmienia naszego bohatera w efektownego boga rzezi. Lecz z każdą godziną wsiąka głębiej  w skórę, by w końcu przeżreć go –  i unicestwić.

(Takie kwiatki wynikały z osobliwego mentalnego szpagatu małolaty między Kaczmarskim a uwielbianym przez rówieśników Warhammerem.  A w plecaku nosiłam wonczas pierwszy tom Sapkowskiego i pierwszy tom Fausta, przedzielone rozkruszonym batonikiem „Grześ”. Pod pewnym wąsko określonym względem były to cudowne lata.)

Dziś patrzę na ten tekst – wciąż tak samo bezszwowo świetny, Kaczmarski był dostarczycielem kruszcu najwyższej próby – i widzę coś, czego wtedy nie dostrzegłam. Są metafory tak nośne, że można je niemalże wziąć do ręki.

Widzicie, podmiot liryczny przybił piątkę z rozdawcą ciemności nie dlatego, że ojczyzna wzywała. To byłoby proste i nawet po naszej narodowej linii (przegraj jakieś powstanie albo zgiń z rozbryzgiem, próbując) ale nie. Ten nawet pobieżnie nie naszkicowany bohater, określony jedynie zbroją, w której ugrzązł – był kiedyś zwykłym chłopakiem o cienkiej jak wszyscy skórze. Z jakichś powodów poczuł się słaby. Niepewny. Wystawiony na ciosy, metaforyczne i rzeczywiste. W swej ograniczonej cielesności (para rąk, para nóg) obnażony jak liść na wietrze.

Więc sprzedał duszę miejscowemu diabłu, komuś o imieniu zawierającym wiele głosek „gh”. Zyskał posągową posturę. Rękę niosącą szybką, wprawną śmierć oraz ekspresowy szacun u słabszych jednostek, niekiedy graniczący ze czcią. Zyskał niewiarygodne wywindowanie witalnych statystyk – zabić go właściwie nie można. Stracił twarz.

Nie odbyło się to szczególnie dramatycznie, w akompaniamencie błyskawic i grzmotów. Po prostu pewnego dnia odkrył, że wygodniej jest mu ani hełmu z przyłbicą, ani zbroi nie zdejmować. A potem już nie mógł.

Malowniczo zakrzepłą posokę można zmyć płynem „Cif” (czy jakimś innym o łagodnym, budzącym sympatię zapachu.) Lecz mroczne runy, które naniósł mądry i przebiegły bies wciąż lśnią wyraźnie.

Widzieliście kiedy taką zbroję z bliska? Jest przerażająco piękna.

(Wybaczcie pretensjonalny tytuł. Uwielbiam łacinę, chociaż się na niej nie znam – mój mały plebejski snobizm. Po naszemu to będzie nierównie słabiej brzmiące „to, co mnie żywi, zabija mnie.”)

Świt, niedobra godzina

Nie mogę spać. Dziś przeto będzie wpis całkowicie niepoważny o konsekwencjach podróżowania przez dobę na bakier.

Główną zaletę znamy wszyscy: primo, nie trzeba się bladym świtem boleśnie zrywać z wyrka. Co jest kwestią niebagatelną. Kto się urodził imprezowiczem sową, którą los zmusił do powstania z łoża o sinej, zesztywniałej polskiej szóstej rano, kiedy to bez względu na porę roku świat za oknem ma mordę zmiętą z niechęci niczym Jarosław Kaczyński i poseł Pawłowicz w jednym – ten zrozumie. Wzniesienie sempiterny z pościeli wywołuje wówczas ból, porównywalny chyba jeno do oderwania świeżego strupa. Będąc młodą osobą wkręconą w bezlitosne tryby edukacyjnej maszynerii zapisywałam sobie z namaszczeniem w notesie: <<7:30. Powstanie Niny>> – jako prikaz i moralną wskazówkę na Dzień Następny. To był dla mnie deal, równy jakiemuś wydarzeniu historycznej rangi.

Kto długo śpi, ten równie długo jest na nogach; o 23-ej tryska niespożytą energią, zaś w okolicach 2 w nocy staje się tylko troszeczkę zmęczony. Osobnik taki idealnie nada się na wszelkiego rodzaju imprezy. Kiedy żyjący po bożemu koleżanki i koledzy w melanżu jeden po drugim zapadają bezwładnie w kuszącą miękkość puf, rozrzuconych po patio Tajnej Miejscówki, nasz (nie)ranny ptaszek baluje w najlepsze w kuchni z trzema podobnymi sobie hardkorami, goląc rum z miętą (w dzień ani rumu, ani tych dziwnie śmierdzących liści do ust by nie wziął) oraz zażywając pierwszego w życiu papierosa, podsuniętego gestem iluzjonisty przez kolegę o figlarnym błysku w oku. W nocy wszystkie pomysły wydają się dobre i tym oto sposobem Nina nabyła niedawno własną paczkę Laki Strajków (13 zł! Czy kogoś ciężko poturbowało?!) gdyż popalać cudzesy to jednak Wstyd.

Myślę nad jeszcze jakąś zaletą budzenia się do życia o 14 i znalazłam jedną: gdy kto do mnie zadzwoni, ma wybitną szansę, iż natknie się na Ninę prosto-z-lóżka, o timbrze obniżonym i ponętnie zachrypniętym a la Lauren Bacall (kocham tę babkę!) i/albo rozkosznie nieobecnym. Zważywszy, że osobą, która najczęściej wyrywa mnie z objęć tego ćpuna Morfeusza bywa ma własna matka, nie mam pewności, czy  powyższy argument jest aby walidą.

Wady wstawania w środku administracyjnie ustalonej doby są niestety liczniejsze. Primo: niczego się nie zdąży załatwić. (I nie mówię tu o pracy; kiedy posiadałam takową, bezszmerowo zrywałam się o 6:30, dzień w dzień i nie podlegało to absolutnie żadnej dyskusji. W przyszłości, gdy pozyskam następną, także nie podlegnie. Byłam wtedy punktualna jak szwajcarski, kuźwa, zegarek. Naturalnie, o 15 nogi się pode mną uginały od senności, zaś o 20 przejawiałam tyleż wigoru, co rozgotowane spaghetti. Exit życie nocne. Ale za to stanowiłam wartościowy element społeczeństwa oraz podwyższałam PKB.)

Na pocztę zamiast tuż po 8, kiedy jest tam obecny jedynie aromat kawy, trafia się w okolicach 16. I więdnie się w tej wielokrotnie zawiniętej kolejce, nieodmiennie pełnej matek wielodzietnych oraz staruszków płci obojga, którzy są przemili i ogólnie bardzo towarzyscy, przez co spędzają przy okienku średnio trzy razy tyle czasu, co potrzeba, dziarsko usiłując prowadzić small talk z urzędniczką.

Ważne Telefony wykonuje się na tzw. ostatnią chwilę, w pidżamie, z włosem malowniczo zmierzwionym i wspomnianą wcześniej chrypką. Przez co możemy usłyszeć pytanie takie oto: – Piła pani? – wypowiedziane tonem brzemiennym od wzgardy.

Secundo: wszelkie urzędy i tym podobne miejsca kaźni funkcjonują za krótko, żebyśmy mieli szansę do nich zdążyć. Istotne sprawy do załatwienia siłą rzeczy przekłada się więc na Dzień Następny, jak gdyby on miał coś zmienić.

Tertio: od nadmiernego wylegiwania się puchnie twarz. Przynajmniej mnie. Tuż po przebudzeniu z 16-godzinnej drzemki miewam mongolskie powieki i usta jak poeta Puszkin. Istnieją osoby, którym z taką wydatnością ustowia jest jebutnie do twarzy, ale nie mnie.

Naści Puszkina.Ten pomnik wygląda tak melancholijnie, że nie mogłam się oprzeć.

Naści Puszkina. Ten pomnik wygląda tak melancholijnie, że nie mogłam się oprzeć.

Wyjście gdziekolwiek, gdzie ninofacjata planowana jest jako składowa widocznego krajobrazu tak jakby odpada.

Quatro: czasem jednak trzeba nagiąć to dupsko leniwe, nieodpowiedzialne do Twardych Wymogów Rzeczywistości i powstać rano. Mimo, iż nie spało się całą noc. Rozmaici rekruterzy uwielbiają chyba szatkować swe ofiary jeszcze przed brunchem. Ilekroć słyszę: A na 10-tą przyjść by pani mogła? – cierpnie mi skóra i pospołu z nią rozmaite narządy wewnętrzne. Oczywiście, że przyjdę; praca na ulicy nie leży i nie majta nóżką zalotnie. Ale co się naklnę najgrubszymi słowy, prasując nobliwie niebieską koszulę (kolor odpowiedzialności i zrównoważenia, czyli jakby plaster z cech, których za chińskiego chu… nie posiadam) to moje. Kto choć raz spędził okrągłą dobę bez krzty snu, walcząc ze zdumiewającym wrażeniem, iż do mózgu napchano mu sączków chirurgicznych – ten zrozumie.

Ale najgorsza w życiu po przekątnej obowiązującego czasu jest szósta rano.

Zła to pora. Naga, oziębła, bezlitosna. Choćby godzinkę później już jest dobrze; panowie robotnicy z naszego podwórka z entuzjazmem biorą się za swe młoty pneumatyczne, gdzieś zacznie krzyczeć dziecko, rozszczeka się pies. Złożona tkanka rzeczywistości, w której żyją normalni otuli niewyspanego dziwaka nie dotyczącym go, więc pobłażliwym kokonem.

Lecz o szóstej tych rozcieńczalników ciszy brak. I stajemy nos w nos z prawdą, która ma wdzięk żelazka. Zmarnowaliśmy miniony dzień. Prawdopodobnie zmarnujemy też następny, ten, który się właśnie jak kwiat otworzył.

Jesteśmy niegodną, płaksiwą glizdą bez kręgosłupa. Wstyd nam za nas.

A jeśli nadpłynie jedno z takich wspomnień, co wchodzą w bok jak cierń i pięknem kolą – czyjaś dłoń osłaniająca papieros, płomyk i uśmiech Giocondy – to już w ogóle. Przesrane.

Bashobora blues

Dziwnę dziecko. Niekoniecznie pasuje mi do tematu opowieści. Za to uroczo wygląda.

Dziwne dziecko. Niekoniecznie pasuje mi do tematu opowieści. Za to uroczo wygląda.

Dyzio (lat 10) nie był taki, jak inne dzieci. Dyzio był dziwny. Przysparzał swym rodzicom zmartwień.

Nie uczył się, choć zdolny był podobno. Głód wiedzy przejawiał tylko na matematyce, pani wprost nie mogła się go nachwalić.

Z pozostałych przedmiotów przynosił do domu pałę za pałą oraz zeszyty pozbawione notatek, natomiast skalane rozlicznymi Godzillami, Conanami i gigantoidalnymi czachami wypluwającymi pociski. Tudzież węże. Okazjonalnie rysował też karykatury nauczycieli. Nawet dość zabawne, gdyż często utrafione w punkt.

– Co to jest. Czy ty jesteś normalny, co? – trapiła się mama Dyzia, ujmując z obrzydzeniem za pogięty róg pomazanego i wymemłanego zeszytu. – Upadłeś na głowę, co? Chcesz mnie zdenerwować? Chcesz trafić do zakładu, jak dziadek Zdzisiek? Chcesz-trafić-do-zakładu? Odpowiedz mi.

Co gorsza, Dyzio był aspołeczny.

Wychowawczyni klasy IV C przyuważyła go, jak blady, chudziutki i godny wystercza przerwę za przerwą na ławeczce pod biblioteką, piastując na kolanach gruby tom. Co ujrzała, to odnotowała w specjalnie do takich celów przeznaczonym zeszyciku: „DYZIO NIE BAWI SIĘ Z INNYMI DZIEĆMI.” Zdobytą wiedzę w dobrej wierze przekazała rodzicielce Dyzia podczas najbliższej wywiadówki.

– Dlaczego nie bawisz się z innymi dziećmi? – indagowała mama Dyzia, wzdychając gorzko nad kuchennym blatem. – Pani powiedziała mi, że się nie bawisz. Znowu-są-z-tobą-jakieś-kłopoty, a ja muszę oczami świecić. Odpowiedz mi!

Dyzio, tak introwertycznie zapadnięty w siebie, że wydawał się jeszcze chudszy niż zwykle wymamrotał coś niezrozumiałego.

– Co takiego?

-…dokuczają mi. Inne dzieci.

– To ty im dokucz! – dowcipnie znalazł się tata Dyzia. – Jak ci taki jeden gówniarz z drugim…

– Karol – jęknęła mama Dyzia.

– Cicho tam! Jak ci taki jeden gówniarz z drugim podskoczy, to ty mu zrób o tak, o! – tu tata Dyzia zaprezentował prawidłowe ushiro-mawashi-geri, omal nie strącając cukiernicy. Miał zielony pas w karate i był z tego strasznie dumny.

Rozwiązywanie konfliktów w czterech prostych krokach.

Rozwiązywanie konfliktów w czterech prostych krokach.

– … – powiedział Dyzio.

– Że co?

– …nie umiem. Zresztą nie chcę.

Rodzice Dyzia niezależnie od siebie, ale jednomyślnie pokręcili głowami.

– Synu, nie bądź ciotą. Nie bądź ciotą, bo na pochyłe drzewo każda koza wejdzie! – tata żartobliwie pogroził potomkowi palcem, po czym w poczuciu spełnionego obowiązku oddalił się w stronę telewizora. Na Polsacie leciał Van Damme.

Kilka dni później wychowawczyni wezwała mamę Dyzia na rozmowę. Okazało się, że Dyzio pobił kolegę, który go przezywał.

Mama Dyzia tak się zestresowała, że aż musiała przyciąć Dyziowi po pupie rurą od odkurzacza. Kiedy z pracy wrócił zmęczony, głodny i nieprzychylnie usposobiony do otoczenia tata, po zapoznaniu się ze sprawą ujął porzuconą w przedpokoju rurę i dokończył dzieła.

– Żebyś sobie na całe życie zapamiętał! – ryczał. – Nie wolno nikogo bić, gówniarzu!

Po telefonicznej naradzie z babcią głęboko wzburzeni rodzice Dyzia podjęli decyzję: trzeba zabrać potomka na spotkanie ze znanym chrześcijańskim uzdrowicielem.

W kościele bywają wprawdzie sporadycznie (tj. wtedy, gdy kto zaprosi na wesele, lub gdy ktoś kojfnie) lecz przecież moc Pana Jezusa jest wielka. Może ona chłopaka naprostuje?

Kiedyś lukier pęknie

bad mom

Obrazek stąd: http://nickandzuzu.com

Opowiem Wam historyjkę, która przydarzyła się pewnej mojej bardzo, bardzo bliskiej znajomej. Na potrzeby tej opowieści nazwijmy ją Eulalia Wrząc.

Eulalia ma dwadzieścia kilka lat, pracę i maleńkie mieszkanko, które odziedziczyła w częściach równych ze matką. Matka jest agentem ubezpieczeniowym i  zarabia bardzo marnie. Nie było jej stać na regularne uiszczanie opłat z tym związanych, toteż z ulgą scedowała wszelkie radości i kłopoty związane z posiadaniem siedliska na Eulalię.

W związku z tym stanem rzeczy panie widują się czasem. Nie za często. Raz na pół roku, powiedzmy.

Zazwyczaj wizyta Eulalii Wrząc u praszczurzycy poprzedzona jest długim korowodem wiadomości mailowych oraz coraz bardziej natrętnych telefonów. Dzwoni i pisze matka Eulalii, zapewniając córkę o swej tak gorącej, że aż bulgoczącej tęsknocie. Oraz o swej miłości. Słowem „miłość” pani Wrzącowa szermuje swobodnie, z hippisowską rozrzutnością. Poza tym posiada ona oryginalne hobby – kolekcjonuje mianowicie poradniki dobrego życia. Pokaźnych rozmiarów tomy w lakierowanych okładkach zalegają na półkach jej ubożuchnego mieszkanka, całe w zakładkach. Na założonych stronicach słówko „kochać” pleni się gęsto. Dużo tam jest o Kochaniu Samego Siebie I Zarabianiu Kroci, czy jakoś tak (Eulalia kiedyś z solennego zanudzenia wzięła i zaczęła kartkować te tomy)  ale czasem też trafi się coś o kochaniu innych. Z obwoluty nieodmiennie szczerzy zęby ukrawatowiony autor, człowiek sukcesu.

Podczas ostatniej wizyty Eulalii u przodkini na stół oprócz herbaty „Ceylon” wjechał pewien dokument w trzech kopiach.

– Mogłabyś mi pomóc, córeczko – oznajmiła z uśmiechem pełnym macierzyńskiej czułości pani Wrząc. – Przyszło zarządzenie z centrali, że każdy agent musi przynajmniej raz w miesiącu ubezpieczyć kogoś od następstwa nieszczęśliwych wypadków, albo będą kary. Podpisz tutaj i tutaj, proszę.

– Nie stać mnie na ubezpieczenie – odrzekła Eulalia, siorbiąc herbatę „Ceylon”. – Nie będę go mogła płacić.

– Nic nie szkodzi, pączusiu, ja zapłacę za ciebie. Tylko mi podpisz.

Upewniwszy się, iż w razie czego nie grożą jej drakońskie opłaty za złamanie serca towarzystwu ubezpieczeniowemu, Eulalia podpisała. Co będzie własnej rodzicielce (i tak skromny) chleb od ust odejmować. Poza tym, mężczyzna Eulalii dla odmiany pochodzi z mniej więcej normalnej, szczęśliwej, kochającej się rodziny i często jej powtarzał, iż osobie, która wydała nas na świat z własnego łona przydałoby się okazać czasem nieco serdeczności.

Cztery dni później Eulalia tkwiła na przystanku autobusowym, starając się nie skonać od okrutnego mrozu. Dzień i tak już obfitował w chujowość. O wpół do szóstej została zawrócona z drogi przez szefa, który nie był w stanie znaleźć swoich kluczy od biura. Marcowe wieczory charakteryzują się ostatnio temperaturą okołolodowcową, toteż nasza bohaterka wypatrywała autobusu niczym kania dżdżu. (Konia z rzędem temu, kto mi odmieni ten dżdż w mianowniku. No właśnie.)

Trzydzieści siedem po piątej zadzwonił telefon.

– Musimy się koniecznie dzisiaj spotkać – oznajmiła nerwowo matka Eulalii.  – Zapomniałam ci powiedzieć o jeszcze jednym podpisie, a bez niego ubezpieczenie jest nieważne.

– Mamo, zamarzam żywcem. Jadę do domu. Załatwimy to jutro, dobrze?

– Ale ja jutro muszę dostarczyć dokumenty do centrali! To jest dla mnie być albo nie być!

– To dlaczego nie dałaś znać wczesniej?

-Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiał całkiem wyraźny trzykropek. Taki trzykropek, który powstaje, kiedy ktoś w milczeniu rżnie głupa, trzepocząc przy tym rzęsami.

Eulalia westchnęła długo a gorzko. Znała to. Znała to od dziecka.

– Dobrze – rzekła. – Będę w MacDonaldzie na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alej, na parterze. Ile ci zajmie dojazd?

– No, jestem na Bemowie, ale się postaram..

Cięcie. Jesteśmy teraz w Macu na skrzyżowaniu.

Minęło tylko czterdzieści pięć piosenek Dżastina Bibera czy też jakiegoś innego twórcy masowego rażenia (jak powszechnie wiadomo, w Makach prócz odoru zjełczałych frytek unosi się sonic warfare, mające zachęcić klienta do jak najchyższego zwolnienia zajmowanego miejsca.) Eulalia już porządnie nasiąkła tymi frytkami, gdy w drzwiach stanęła lekko zdyszana rodzicielka. Podpis został złożony i spotkanie upłynęłoby zapewne w cywilizowanej atmosferze, gdyby pani Wrząc nie rzuciła niefrasobliwie:  –  Jestem okropnie roztargniona, jak widzisz. No, ale kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, hihihihi!

Eulalia powstała, słysząc bardzo wyraźnie, jak z cichutkim trzaskiem coś w niej pęka.

– Mamo – rzekła tonem sprawozdawczym – nie rób tego więcej.

– Czegóż to?

– T e g o. Nie rób tego.

– Ależ czego, kochanie?

– Nie stawiaj mnie w takiej sytuacji.

Okrągłe z natury oczy Mrs. Wrząc zrobiły się jeszcze okrąglejsze. – Dlaczego?

– Poniewaź mnie to wkurwia. Zrobiłam ci uprzejmość, podpisując te papiery. Nie potrzebuję żadnego ubezpieczenia i wiesz o tym dobrze. Zrobiłam Ci uprzejmość, a Ty, robiąca w ubezpieczeniach od – przypomnij mi, jak długo, od kilkunastu już lat? – zapomniałaś sprawdzić, czy są wszystkie podpisy. Zostawiłaś to na ostatnią chwilę.  Skłoniłaś mnie dziś do przyjścia tutaj, nie dając żadnego wyboru. Zrobiłam Ci uprzejmość, a w rezultacie mam kłopot.

Madame Wrząc z sykiem wciągnęła powietrze.

– Zdumiewa mnie to co mówisz, moje dziecko.

–  Nie zdumiewaj się,  tylko niech to do ciebie dotrze. Logika, mamo. Lo-gi-ka.

Matka Eulalii nadęła się godnie, co przy jej misternej posturze stanowiło nie lada osiągnięcie.

– No wiesz – rzekła tonem nabrzmiałym urazą – gdyby moi klienci zachowywali się tak jak ty, to bym chyba z głodu umarła!

– To możliwe – odparła Eulalia z prostotą. – Lecz nie ja za to odpowiadam.

– To nie moja wina, że dokument trzeba dostarczyć na jutro!

– Moja także nie. Czy ty nie mogłabyś być jak inni dorośli ludzie? Odpowiedzialna?

Pani Wrząc zawrzała.*

– Masz ze mną jakiś problem? Masz jakiś problem?

– O, tak. I to przez całe życie.

– To idź do psychiatry!

Eulalia powiedziała uprzejmie „do widzenia”, odwróciła się i odeszła.

Idąc, myślała o swoich wizytach u psychiatry. O wykupywanych cyklicznie bardzo drogich lekach na chroniczną depresję. O planowanej serii wizyt u terapeuty, których się boi i któremu wyznała, że sama konieczność tych wizyt sprawia, iż czuje się jak zdefektowany, nieszczęśliwy śmieć.  Śmieć z patologicznej rodziny.

Morał z tej historyjki jest całkiem prosty, o, taki:

Drodzy czytający te słowa. Jeżeli posiadacie matki, których z uzasadnionych powodów szczerze nienawidzicie, to nie dajcie się nabrać na ich rzyganie tęczą. Nie dajcie się również przekonać, iż osobie, która was na świat wydała przydałoby się okazać nieco serdeczności.

Lukrem  można wprawdzie oszpachlować choćby łajno, lecz lukier ów kiedyś pęknie.

 

* Teraz już wiecie, dlaczego wybrałam taki codename. Dla niewinnej uciechy tego jednego zdania.