Bycie sobą źle się kończy

Czemu on znowu nie odbiera?...

Czemu on znowu nie odbiera?…

Ludzie, dla których można – i warto – Być Sobą, to mniejszość. Przytłaczająca większość nie jest farszem w tym pierożku zainteresowana. Autentyzm naszych odczuć wywołuje w nich dyskomfort. Zdziwienie. Panikę. Trudno to pojąć, a jeszcze trudniej przegryźć, niemniej, do osób niezainteresowanych może należeć np. nasza własna matka. Brat/siostra. Kobieta/mężczyzna, co twierdzą, że nas lubią czy wręcz kochają. Trzeba nauczyć się z tym żyć.

Dzień dobry. Dziś będzie wpis socjopatycznie humorystyczny. Jajca, znaczy. Zaklinam, nie bierzcie tego tak całkiem na serio.

Jadę na spokojnym wkurwie.

Spokojny wkurw (Anglosasi zwą ów stan tranquil fury) jest wtedy, gdy granicę wkurwu klasycznego, objawiającego się znacznym porostem ciśnienia, zaczerwienieniem w obrębie twarzy oraz dekoltu tudzież skłonnością do czynów impulsywnych – przekroczyliśmy już dawno. Nastąpił taki cichy pstryk, coś, jak dźwięk pękającej zapałki i obecnie jesteśmy gotowi łamać ludziom ręce. Przy czym oddychamy normalnie, wyrażamy się pełnym zdaniem wielorzędnie złożonym i nawet nam brew nie zadrga.

Mimo całego swego nabytego cynizmu i zmęczenia podłym światem zawsze byliśmy raczej pacyfistami; wiadomo, przemoc nie rozwiązuje problemów. Przemoc je piętrzy. A tak konkretnie, to człowiek, którego w przypływie rozdrażnienia polaliśmy benzyną i podaliśmy mu ognia może mieć potomstwo, które poczuje się tym urażone, kiedyś dorośnie i przyjdzie nam wpierdolić. (Tu polecam znany film obyczajowy pt. „Kill Bill”.) Ale no more.

Bycie sobą. Piękna sprawa.

Odkąd tylko przestaliśmy w skupieniu obśliniać kocyk i wyjęto nas z kojca, byśmy mogli zauczestniczyć w Kulturze, owa – ta wysoka i ta całkiem nie – woła: bądź sobą! Nie idź za tłumem. Słuchaj serca swego. Jeśli jest coś, co chcesz robić najbardziej na świecie, rób to. Jeśli jest ktoś, kogo lubisz/kochasz, nie czaj się jak czajnik na czajkę i powiedz mu/jej o tym.

W ogóle mów, co myślisz. Dziel się z ludźmi swymi opiniami i odczuciami. Zobaczysz, będzie w pytkę. Albo przynajmniej ciekawie.

Tego rodzaju przesłaniem wypchane są lśniące kolorowe książeczki dla małych dzieci. Głupi Jaś sforuje się przed swych przemyślniejszych braci i zdobywa królestwo  i pół księżniczki, czyż nie? A wszystko dlatego, że poszedł w zaparte i Był Sobą. Taki przekaz szczerzy się z lukrowanych kotłów z przecudnościami, jakie stanowią filmy Disneya. Taki mesydż ściga markotnego, pryszczatego odszczepieńca, domyślnego widza licznych seriali dla młodzieży. Taką kurwa mantrą dostaję na odlew ja (30 l.) idąc sobie do kina na film dla, zdawałoby się, całkiem dorosłych.

A przecież dorośli ludzie nie muszą się już oszukiwać. Wiemy, jak jest. Dalej, dorośli ludzie, czytelnicy, wymieńcie ze mną to charakterystyczne, poszarzałe spojrzenie.

Już? Już.

Dzięki.

(Takie spojrzenie ma zbieracz złomu lub nurek śmietnikowy. Człek twardy i obrotny, zahartowany na wszelką nadzieję. Który wie, że można czasem w tym całym syfie, co go ludzie wyrzucają, znaleźć coś prawdziwie cennego, niemniej, na co dzień trza zadowalać się puszkami. Niedopalony pet to dlań synonim małego szczęścia.)

Wygramoliwszy się z tej nieco pokrętnej metafory, już wyjaśniam, do czego zmierzam.

Fakty są takie. Owszem, można spotkać człowieka, który pozwoli nam się przed sobą bezpiecznie odsłonić do głębi, do cna. Przy którym, jak to zabójczym gardłowym kontraltem wyśpiewała niezapomniana Kalina Jędrusik: „Tak mi z sobą nie do twarzy, tak powinnam siebie kryć. Ale kiedy na mnie patrzysz, już nie umiem inną być”:

Ale takich ludzi nie spotyka się często. Raz, kilka razy w życiu. I nie chodzi mnie tu wyłącznie o amory. Bliźni, przy którym nie muszę się pilnować, co mówię i jak mówię, jest dla mnie przede wszystkim i nade wszystko (tzn. nawet, gdy upojny szał ciał, co ewentualnie połączył nas, odejdzie tam, gdzie wszystkie takie szały, czyli do wspomnień) przyjacielem.

Właśnie sobie uświadomiłam, iż jestem cholerną szczęściarą. Spotkałam w życiu – w różnym czasie, w rozmaitych okolicznościach – troje takich ludzi. Mam troje prawdziwych przyjaciół.

Aż ze mnie ciśnienie zeszło.

Kontynuując więc już na łagodniejszej nucie: ludzie, dla których można – i warto – Być Sobą, to mniejszość. Przytłaczająca większość nie jest farszem w tym pierożku zainteresowana. Autentyzm naszych odczuć wywołuje w nich dyskomfort. Zdziwienie. Panikę. Trudno to pojąć, a jeszcze trudniej przegryźć, niemniej, do osób niezainteresowanych może należeć np. nasza własna matka. Brat/siostra. Kobieta/mężczyzna, co twierdzą, że nas lubią czy wręcz kochają.

Trzeba nauczyć się z tym żyć.

Jak kto się urodził z natury powściągliwy i introwertyczny niczym mr. Fogg,  to nie będzie mieć z tym większego problemu. Ot – mało kto będzie wiedział coś o nim naprawdę. Taki woal tajemnicy szalenie przydaje co poniektórym atrakcyjności towarzyskiej.

Gorzej, jak się jest z natury otwartym. Z sercem na dłoni. Dziecięco ufnym i wciąż na nowo zdziwionym, że jak to. Ja tym ludziom pokazuję moje żywe serce, a oni śmieją się z zakłopotaniem i/lub zmieniają temat?

Najgorzej, gdy się cierpi na brak skóry – że najdrobniejsza kropelka pali do żywego – oraz na przerost duszy nad rozumem.

Kochani cierpiący – I feel ya. Zróbcie sobie przysługę. Wybierzcie jednego, dwóch, trzech, sześciu (macie aż sześciu? gratuluję i zazdraszczam) bliskich ludzi. Ziomków, z którymi połączył was los, podobieństwo odczuwania świata, wrażliwość nań, tonacja poczucia humoru. Zwalcie to na nich. Pozwólcie im zwalić to na siebie, wzajemnie. Róbcie sobie seanse szczerości. Tarzajcie się w niej i niech wam będzie fajnie.

Ale na miłość boga, w którego nie wierzę, dla reszty świata zachowajcie twarz uprzejmą, beztroską i nie tkniętą głębszymi emocjami. Homo ludens. Zaufajcie mi, oszczędzi to owej reszcie zakłopotania, Wam zaś – upokorzeń.

5 thoughts on “Bycie sobą źle się kończy

  1. Szczerze mówiąc, zawsze myślałem, że to właśnie kultura jest tym kagańcem, który powstrzymuje nas przed wypaleniem rozmówcy w twarz „jesteś idiotą”.

  2. Zaczynam się chyba powoli w Tobie podkochiwać. Dotychczas przyrównywałam swoją wrażliwość do rozwierconego zęba, dzięki Tobie już wiem, że diagnoza to: przerost duszy nad rozumem. Staram się to ukrywać, ale czasami obnażam się przed ludźmi i muszę przyznać, że często reagują pozytywnie. Śmiechem lub czymś takim…

    • Wumie, a jaka Ty jesteś z natury? Bardziej powściągliwa i zamknięta czy bardziej z sercem na dłoni i z dziecięcą ufnością? Bo ja, prawdę powiedziawszy, reprezentuję interesującą mieszankę tych dwóch postaw: wobec obcych jestem właśnie uprzejma, powściągliwa, zdystansowana, nastawiona na obserwację, ale kiedy tenże człowiek przypadnie mi do gustu, okazuje się, że serce mam naprawdę miękkie i znajduję w sobie całe pokłady (dziecięcej) ufności, otwartości, itp. rzeczy. Nie muszę dodawać przy tym, że różnie na tym wychodzę, no ale wiadomo, że ludzie są różni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *